Fleksitarianizm to jeden z popularnych trendów w odżywianiu. Na czym polega?

Katastrofa klimatyczna się rozpędza, a produkcja mięsa to jeden z głównych winowajców - krzyczą nagłówki artykułów. Dlaczego tak jest i czy da się produkować mięso w odpowiedzialny sposób? Jak komponować swoją dietę tak, by jak najmniej szkodzić klimatowi? Odpowiedzią może być fleksitarianizm i odpowiedzialny chów zwierząt.

Niedziela rano, z kuchni kusząco pachnie jajecznicą na kiełbasie i poranną kawą, statystyczny Kowalski siada do stołu, otwiera gazetę, na pierwszej stronie artykuły o zmianach klimatu. I nagle śniadanie przestaje smakować. Trzydziestostopniowe upały to dopiero początek, katastrofa klimatyczna już tu jest, a produkcja mięsa tylko ją pogłębia.

Codzienne dylematy

Kowalskiemu leży na sercu dobro planety, rozważa więc po raz kolejny przejście na wegetarianizm, ale oczami wyobraźni widzi batalie z rodziną, niedzielne obiady u teściowej, u której skwarki to nie mięso, poza tym, nie ukrywajmy, niedzielna jajecznica na kiełbasie to wyczekiwany przez cały tydzień rytuał, podobnie jak letnie grille ze znajomymi.

Między młotem zmian klimatycznych a kowadłem polskiej diety - kto z nas się tam kiedyś nie znalazł? Rozwiązaniem dla tych, którzy chcą walczyć ze zmianami klimatu, ale nie są gotowi na zupełne odstawienie mięsa może być fleksitarianizm.

Fleksitarianizm, zwany również semi-wegetarianizmem to termin który powstał w 1992 z połączenia słów flexible (elastyczny) i vegetarian (wegetarianin). Choć ta idea była znana już w latach 90., musiała poczekać prawie 17 lat na swój renesans.

W 2009 roku spopularyzowała ją Dawn Jackson Blatner, amerykańska dietetyczka, która opisała ten rodzaj diety jako żywienie zakładające nie redukcję, a włączanie. Według Jackson Blatner, powinniśmy pilnować, by w naszym pożywieniu znalazło się pięć grup produktów: "nowe mięso", czyli roślinne źródła białka, jak groch, fasola i jaja, owoce i warzywa, zboża, nabiał i dodatki w postaci przypraw i odrobiny cukru. Mięso jest dozwolone w odpowiednich, niewielkich ilościach.

To jest oficjalna definicja fleksitarianizmu, ale ilu fleksitarian - tyle definicji. W bardzo ogólnym rozumieniu tego terminu, to różnorodny jadłospis, który dostarcza wszelkich wartości odżywczych, a jednocześnie sprzyja planecie i jest łatwy w utrzymaniu, ze względu na to, że mówiąc wprost - najadamy się zdrową żywnością, a dodatki, takie jak mięso czy słodycze, pozostają czymś ekstra. W imię zasady, która mówi, że lepiej by wiele osób zrobiło trochę dobrego, niż żeby garstka z nich poświęciła się w stu procentach, fleksitarianizm jest polecany przez ekspertów jako domyślna dieta dla światowej populacji.

ShutterstockShutterstock Shutterstock/jon lyall Shutterstock/jon lyall

Trzy powody

Problem z mięsem zaczyna się w kieszeniach konsumentów. Przy rosnących cenach żywności, zależy nam na tanich produktach. To sprawia, że sklepy prowadzą wojnę cenową - wygrywa ten, kto zaoferuje najtańszą żywność. Takie praktyki połączone ze zmianami klimatycznymi wywierają presję na rolnikach; sytuacja rynkowa wymusza na nich przemysłowy chów zwierząt z wykorzystaniem antybiotyków i sprowadzanych z daleka ekonomicznych pasz, co nie jest dobre ani dla trzody, ani dla planety, ani - w dłuższej perspektywie - dla Kowalskiego.

Rozwiązaniem w tej sytuacji jest spożycie mniejszej ilości mięsa, ale za to lepszej jakości. Na co powinniśmy zwracać uwagę kompletując menu na sobotniego grilla? Jak to zrobić, by mieć pewność, że na naszym talerzu znajdzie się wysokiej jakości żywność, która minimalizuje negatywny wpływ mięsa na środowisko? Spieszymy z odpowiedzią!

Przede wszystkim - warto odpowiedzieć sobie dlaczego hodowla trzody tak źle wpływa na klimat i skąd bierze się jej duży ślad węglowy. Dzieje się tak z trzech powodów. Po pierwsze - duże zwierzęta potrzebują dużo paszy, a jej produkcja i transport powodują wzmożoną emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Pod nowe pola uprawne wycinane są lasy, w tym także na przykład Puszcza Amazońska. Po drugie - rolnictwo na dużą skalę nie radzi sobie z tym, co po paszy pozostaje, czyli z obornikiem. Obornik składowany na otwartej przestrzeni sprawia, że do środowiska uwalniane są szkodliwe substancje, takie jak antybiotyki, pestycydy, czy metale ciężkie. Problemem są również gazy cieplarniane - metan i dwutlenek węgla - uwalniające się do atmosfery. Po trzecie - transport zwierząt do rzeźni. Na polskich drogach często widać ciężkie TIR-y wiozące zwierzęta. Ciężki TIR to dużo spalanego paliwa, a zatem kolejne tony CO2 w atmosferze.

Istnieją jednak takie metody hodowli zwierząt, które dzięki mądremu zarządzaniu procesem produkcji, mają mniejszy wpływ na środowisko. Nowoczesne farmy starają się utrzymać cały proces w jednym miejscu. Uprawy, których plony służą jako pasza, obory i ubojnie znajdują się w tej samej okolicy - zupełnie tak, jak za dawnych czasów w dworskich folwarkach. Dzięki temu ogranicza się kosztowny dla środowiska i dla kieszeni farmerów transport paszy i zwierząt. Co z obornikiem? W nowoczesnym rolnictwie używa się go jako biomasy. Dzięki temu metan, będący gazem cieplarnianym zamienia się w zieloną energię elektryczną i ogrzewanie. Resztki obornika służą jako ekologiczny nawóz.

Warto więc poświęcić jedno popołudnie na dokładną kwerendę wśród producentów mięsa i dowiedzieć się, jaką drogę przebywa kiełbasa, zanim znajdzie się w naszej jajecznicy. Najlepszą bronią przeciwko zmianom klimatu jest wiedza i świadomość skąd się one biorą. Zaopatrzeni w wiedzę o procesach produkcji żywności, o ekologicznej certyfikacji i o wpływie hodowli zwierząt na środowisko, będziemy mogli zjeść karkówkę z grilla bez poczucia winy.

Oczywiście - nie za często! Ograniczajmy mięso, ale jeśli po nie sięgamy, upewniajmy się, że pochodzi z odpowiedzialnej hodowli.