Warto mieć pasję. Outdoor to jeden z ciekawych pomysłów

Warto mieć pasję. Outdoor to jeden z ciekawych pomysłów (Shutterstock)

Skok ze spadochronem, wspinaczka, wypad za miasto. Outdoor niejedno ma imię. Skąd bierze się jego popularność?

Co jakiś czas zbiorową wyobraźnię rozpalają kolejne wyczyny naszych podróżników: samotny zjazd na nartach z K2, przepłynięcie kajakiem Atlantyku, kolejne szarże na coraz to trudniejsze szczyty. Turystyka outdoorowa wielu Polakom kojarzy się z ekstremalnymi przeżyciami i przekraczaniem własnych granic, a także z ich bohaterami - twardzielami o twarzach smaganych wiatrem. Jak się okazuje, emocje związane z obcowaniem z żywiołem są na wyciągnięcie ręki, również dla tych nieco bardziej kanapowych poszukiwaczy przygód.

Outdoorowe aktywności cieszą się nad Wisłą coraz większą popularnością, co widać choćby po rosnącej z roku na rok sprzedaży biletów wstępu do parków narodowych. Weekend z przyrodą to miła odmiana po codzienności dni powszednich, wypełnionych cyfrowymi bodźcami, stresującym stylem życia i karkołomnymi próbami równoważenia życia rodzinnego i zawodowych obowiązków.

Wycieczki na świeżym powietrzu sprawiają, że lepiej śpimy i mamy lepszy humor - to zasługa większej ilości światła słonecznego, która stymuluje wytwarzanie witaminy D i reguluje wydzielanie melatoniny - hormonu snu. Osiąganie małych, łatwych celów turystycznych to również prosty sposób na poczucie się dobrze z samym sobą - sama świadomość przejścia choćby i dziesięciokilometrowej trasy sprawia, że jesteśmy z siebie zadowoleni, co przekłada się na lepszy obraz samego siebie. Wreszcie, aktywna turystyka w naturze jest tania, łatwa i dostępna dla wszystkich, poprawia naszą kondycję, obniża ciśnienie krwi, a nawet wpływa na koncentrację. Nic dziwnego, że coraz więcej osób jest zainteresowanych tą formą spędzania wolnego czasu.

Przede wszystkim aktywność

Gdzie szukać inspiracji do zmiany stylu życia na bardziej aktywny? Jednym z najbardziej outdoorowych narodów w Europie są Norwegowie. Ich podejście do obcowania z naturą ma nawet swoją nazwę. Friluftslivet, czyli dosłownie życie na świeżym powietrzu, norweskie dzieci odkrywają już od przedszkola, w którym w standardowej wyprawce oprócz worka na kapcie i fartuszka znaleźć można również kalosze i wodoodporny skafander. Takie wyposażenie jest niezbędne, bo w krainie fiordów przyjęło się, że deszcz to nie jest wystarczający powód do powrotu pod dach. Jak Norwegia długa i szeroka da się słyszeć Det finnes ikke darlig vaer, bare darlig klaer - nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Taka postawa jest reprezentowana przez całe społeczeństwo - w kolorowych magazynach oprócz relacji z celebryckich imprez da się znaleźć takie perełki, jak reportaż z wypadu pod namiot następcy tronu z rodziną, którzy uśmiechają się ze zdjęć, rozstawiając namiot, zupełnie jak ich poddani.


Shutterstock

Dodatkowo dwa razy do roku, w pierwszą niedzielę lutego i pierwszą niedzielę września, Norweskie Towarzystwo Turystyczne organizuje z wielką pompą "Kom-deg-ut-dagen" czyli Dzień Wychodzenia Na Dwór, podczas którego zachęca rodaków do aktywności na świeżym powietrzu. Akurat do tego nie trzeba Norwegów namawiać, więc oba te dni są chętnie celebrowane w całym kraju.

To, co warte zauważenia, to fakt, że friluftslivet nie polega na byciu najszybszym, najbardziej wytrzymałym czy najsilniejszym. Chodzi o zupełnie co innego - o satysfakcję z dobrze wyznaczonej trasy, o dobre zmęczenie wieczorem przy ognisku i o spędzenie czasu z przyjaciółmi i rodziną.

Dodatkowe korzyści pojawiają się, jeśli w nasze aktywności włączamy najmłodszych, i tu moglibyśmy wiele nauczyć się od Norwegów. Po pierwsze, psychologowie zaobserwowali, że dziecięce zabawy na świeżym powietrzu, a zwłaszcza na łonie natury, sprawiają, że dzieci rozwijają wyobraźnię. Poza tym wycieczki w dzicz to nieoceniona stymulacja sensoryczna - nowe dźwięki, zapachy, smaki, widoki to coś, czego nie można doświadczyć w domowym zaciszu. Wreszcie, to dla dzieciaków niezapomniane chwile budowania więzi z rodzicami. Pamiętajmy, że najmłodszym w pamięci mocno odciskają się pierwsze doświadczenia - nawet jeśli my widzieliśmy żubra dziesiątki razy, na przedszkolaku może on zrobić piorunujące wrażenie.

Nie trzeba wiele, wystarczą chęci

Żeby miło spędzać czas na łonie natury nie trzeba wiele. Udowadnia to popularny ostatnio trend mikro wypraw, zakładający, że żeby przeżyć przygodę nie trzeba dalekich eskapad. Wystarczy weekend, jeden wolny dzień, albo nawet jedno popołudnie. Przyzwyczajeni do ścieżek wydeptanych między progiem domu, biurem i podziemnym garażem, nie wiemy nawet, że żeby dotrzeć do niezwykłych przyrodniczo miejsc, wystarczy bilet - i to autobusowy, a nie na samolot.

Zacząć można od przejrzenia okolicznych szlaków PTTK, a jest z czego wybierać - mamy w Polsce dokładnie 77 684 kilometrów oznaczonych szlaków, wyznaczonych tak, żeby każdy mógł odkryć krajoznawcze perełki niedaleko domu. Termin "krajoznawstwo" może wydawać się nieco przestarzały, ale w ostatnich latach zaczął wracać do łask, a zdobywanie kolejnych odznak wciąga nawet najmłodszych. Warto tu wspomnieć, że istnieją odznaki przeznaczone specjalnie dla dzieci. Jeśli dotychczas nasi milusińscy zdobywali kolejne poziomy w grach, teraz mogą je zdobywać w dziczy, która, jak wiadomo, ma lepszą grafikę, a jeśli dorośli się postarają - również lepszy gameplay. Tym, którzy chcą urozmaicić i przedłużyć wycieczki, może spodobać się pomysł nocowania pod namiotem. Uwaga - należy biwakować z rozwagą, uprzednio upewniwszy się, kto zarządza terenem.

Jeśli mikro wyprawy i weekendowe wycieczki to za mało, można spróbować swoich sił w trudniejszych, ale wciąż osiągalnych wyzwaniach, takich jak zdobycie korony gór Polski, czyli 28 szczytów wszystkich pasm górskich w Polsce. Koronę można zdobywać we własnym tempie, w dowolnej kolejności, a większość wypraw to łatwe spacery pod górę. Oczywiście do podboju Rysów czy Babiej Góry trzeba się odpowiednio przygotować, ale takie szczyty jak Łysica czy Ślęża nie powinny sprawić zdobywcom większego problemu.

Ciekawą propozycją jest również Główny Szlak Beskidzki, ciągnący się przez 517 kilometrów z Ustronia w Beskidzie Śląskim, do Wołosatego w Bieszczadach. Niektórzy stawiają sobie za punkt honoru przejście go za jednym razem, co zajmuje około trzech tygodni. Inni przechodzą go po kawałku, wracając co kilka miesięcy w miejsce, w którym skończyli ostatnim razem.

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie zauważył w niedzielę po południu, że weekend przeleciał między palcami i że właściwie nie wydarzyło się w nim nic ciekawego - a przecież planowaliśmy, że ciepłe dni wykorzystamy do granic, nasycimy się słońcem i zieloną jeszcze naturą. Turyści, leśnicy, outdoorowcy, krajoznawcy i umiarkowani wyczynowcy mają dla nas gotowe propozycje, a więc nie ma na co czekać - do zobaczenia na szlaku!


Shutterstock