Postawili na optymizm i zarażają nim innych

Postawili na optymizm i zarażają nim innych (Shutterstock)

Postawili na optymizm i zarażają nim innych. "Szkoda mi czasu i życia na emitowanie złej energii"

"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być" - pisał Charles Bukowski, a jego kwiecisty życiorys z pewnością jest potwierdzeniem tym słów. Czy faktycznie warto być optymistą?

"Nigdy się NIE nie bój" - to motto rodziny jaskiniowców, przedstawionej w bajce animowanej "Krudowie". Ojciec, głowa rodziny, każdego dnia powtarzał swoim dzieciom, że tylko strach trzyma ludzi przy życiu. Miał jednak niepokorną córkę, która była niezmiernie ciekawa świata i absolutnie niczego się nie bała. Dzięki jej odwadze i otwartości życie tej rodziny zmieniło się na lepsze.  
 
- Trafiłam na tę bajkę mając 31 lat. Obejrzałam ją wówczas razem z moim 7-letnim synem. Rany, jakiego ja olśnienia doznałam! Nigdy się NIE nie bój było również moim mottem przez całe życie - opowiada Iza, dziennikarka. "Pesymizm" to niegdyś drugie jej imię. - Lepiej być dobrej myśli, bo po co być złej? - pytał retorycznie Stanisław Lem, a Iza spokojnie mogłaby z nim polemizować.  
 
- Bycie pesymistą jest szalenie wygodne - nigdy nie odnosisz porażek i nie musisz się z nimi mierzyć. Przykład? W szkole zawsze nastawiałam się na kiepskie oceny. Nie stresowałam się klasówką, bo nie zależało mi na dobrych stopniach, byłam gotowa na oblanie. Kiedy jednak okazywało się, że sprawdzian poszedł mi celująco, mogłam świętować triumf - opowiada.  

Synu, nigdy się nie bój  

Lata mijały, a Iza dalej roztaczała czarne wizje, męcząc tym wszystkich wokół. Była pewna, że zakup nowego auta okaże się finansowym zabójstwem, ulewa w dniu ślubu wcale jej nie zaskoczyła, a położnej oczywiście nie było, gdy zaczęła rodzić. - Ciągle miałam pecha. Nie wiem, może faktycznie go przyciągałam - mówi. Wiecznych optymistów traktowała jak głupków oderwanych od rzeczywistości, którzy kompletnie nie znają się na życiu.  
 
"Krudowie" otworzyli jej oczy. - Siedział przy mnie synek, który już na dniach miał iść do pierwszej klasy i bardzo się tym denerwował. I to był pierwszy raz, gdy mu powiedziałam, by się bał - wspomina. Kształtowanie młodego człowieka i przygotowywanie go do tego, by umiał stawić życiu czoła to ogromna odpowiedzialność. Optymizm, to jedna z najlepszych rzeczy, jak można wyssać z mlekiem matki.  
 
- Dziś mówię mu, że jest mądry, silny i szalenie zdolny. Powtarzam, że spełnić wszystkie swoje marzenia. Że ma brać życie za rogi. A w ten sposób i sama zaczęłam inaczej patrzeć na świat - dodaje. Dziś optymizm to dla niej wiara we własne możliwości, pozytywne nastawienie do ludzi i poszukiwanie rozwiązań, zamiast wynajdywania problemów. 

starsze osoby, długowieczność, optymizm
Shutterstock

Plan A, B i C gotowy od ręki

Ta ostatnia umiejętność, o której wspomina Iza, jest silnie rozwinięta u Patrycji - z wykształcenia prawniczka, jednak niepracująca w zawodzie od lat. Obecnie związana z marketingiem.  
 
- Myślę, że wielu ludzi, a zwłaszcza kobiet, mnie nie lubi właśnie za ten mój wrodzony optymizm - wyznaje. - Kiedyś przyszła do mnie przyjaciółka. Była zapłakana, bo dopiero co przyłapała męża na zdradzie, a chwilę później ten rzucił papierami rozwodowymi. Przez kilka godzin zalewała się łzami i roztaczała wizje, jak to mąż zabierze jej dzieci i dom, a ona wyląduje na bruku. Wkurzyło mnie to jej jęczenie w pewnym momencie i postanowiłam dać jej solidnego kopa w cztery litery - opowiada Patrycja.  
 
Gdy przyjaciółka przedstawiała problem nie do rozwiązania, ta już w głowie miała trzy plany działania do wdrożenia. - I w końcu powiedziała do mnie: wiesz co, ja chciałam, żebyś się nad moim losem poużalała wraz ze mną, ale ty dałaś mi coś więcej - światełko w tunelu - wspomina.  
 
Mówi, że bycie optymistką niejednokrotnie wyciągnęło ją z opresji. Podchodzi do życia zadaniowo - wie, jakie ma marzenia i co musi zrobić, by je spełnić. Gdy los rzuca kłody pod nogi, z gracją je przeskakuje. - Szczerze wierzę, że potrafimy przyciągać złe rzeczy, jeśli tylko na nich się skupiamy - stwierdza. 

Musi być dobrze, bo dlaczego miałoby nie być?

Zdecydowanie inne podejście do życia ma 38-letni Bartek, który także nazywa siebie optymistą. - Moja młodsza siostra uważa mnie za lekkoducha bez ambicji, a ja po prostu wiodę spokojne, rodzinne życie i cieszę się tym, co mam. Nigdy zuchwale nie podchodziłem do życia, ale za to potrafię się cieszyć z drobiazgów - opowiada.  
 
Bartek jest pracownikiem fizycznym, dzień w dzień spędza 8 godzin przy taśmie produkcyjnej, ale za to ma etat, postojowe i fajnych kumpli, z którymi często spotyka się w weekendy. Za pół roku na świecie pojawi się jego trzecie dziecko, choć najstarsze chodzi jeszcze do przedszkola. - Gdy powiedzieliśmy rodzinie o trzeciej ciąży, wszyscy byli przerażeni. Mówili, że w tych czasach wielodzietna rodzina to ogromne wyzwanie. Pytali, z czego będziemy żyli, skąd weźmiemy na większy samochód i tak dalej - wylicza. Wszyscy się zamartwiali, tylko nie on i jego małżonka. Cóż, trudno - stało się, ale trzeba być dobrej myśli.  
 
- Wychowało się dwoje, to i trzecie damy radę. Trzeba się cieszyć, bo wiele par latami stara się o dziecko. My jesteśmy więc szczęściarzami - stwierdza Bartek. Jest przekonany, że umiejętność cieszenia się z drobnych rzeczy pozwala mu wychodzić obronną ręką z sytuacji mniej pozytywnych. Nie porównuje się z innymi ludźmi, nie zazdrości im domów czy samochodów, nie szuka poklasku.  
 
- Pełno wokół nienawiści, braku tolerancji. Szkoda mi czasu i życia na emitowanie złej energii, bo i po co? Nie chcę na starość być zgorzkniałym i rozgoryczonym dziadkiem - dodaje. Na pytanie, dlaczego warto mieć optymistyczne podejście do świata, odpowiada krótko: - Optymistom po prostu lżej się żyje. A życie mamy jedno.