Jacy policjanci najlepiej rozwiązują zagadki kryminalne?

Jacy policjanci najlepiej rozwiązują zagadki kryminalne? (Shutterstock)

W kryminałach tajemnice najlepiej rozwiązują faceci po przejściach. Dlaczego?

Piją, palą, żony i partnerki ich rzucają, a własne dzieci nie chcą najczęściej znać. A mimo tego, a może właśnie dzięki temu, to właśnie oni rozwiązują kryminalne zagadki lepiej niż ktokolwiek inny. To oni pierwsi znajdują morderców i pierwsi są w stanie wskazać prawdziwego zbrodniarza, kiedy tropy mylą i zwodzą. Detektywi po przejściach.

Nikt lepiej nie rozwiąże kryminalnej tajemnicy niż detektyw socjopata - zdają się krzyczeć klasyczne kryminały, ale też najpoczytniejsze powieści ostatnich lat. I jakby nie patrzeć, na poparcie tej tezy znajdziemy sporo adekwatnych przykładów - Sherlock Holmes, Philip Marlowe, Kurt Wallander, Harry Hole, a nawet serialowy porucznik Borewicz. To mężczyźni, którzy nie do końca potrafią ułożyć sobie życie osobiste tak, by spełniało społeczne normy, ale za to zbrodnie tropią koncertowo.

Najlepszy detektyw to taki, który nie pasuje do całej reszty

Pierwszym prawdziwie popularnym dziwolągiem na długiej liście kryminalistycznych geniuszy jest oczywiście Sherlock Holmes. Sir Arthur Conan Doyle stworzył najbardziej ekscentrycznego mężczyznę epoki, która w dziejach Anglii wydaje się najbardziej zachowawcza, najbardziej konserwatywna i najbardziej purytańska.

Detektyw Holmes jawi się na jej tle przede wszystkim jako niezwykły oryginał, człowiek wielkiego intelektu i przeciwnik konwenansów. Osoba chyba wręcz niezdolna do zachowania wymaganych form towarzyskich (jako zbędnych), ale za to pasjonat dedukcji, obserwacji i działania. Człowiek w swojej logice czasem wręcz okrutny wobec postronnych osób, nieprzygotowanych na jego odmienność i brak poszanowania dla tak zwanych "zasad dobrego wychowania".

Do tego nasz detektyw był pierwszej wody narkomanem, co dziś wydaje się nam wszystkim w jakiś sposób karygodne, a wtedy uchodziło za rozrywkę rzadką, jednak godną dżentelmena, modną ekstrawagancję. Tę różnicę zresztą doskonale widać pomiędzy oryginalnymi opowiadaniami, a choćby serialem BBC "Sherlock Holmes" z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem w rolach głównych.

To co u Conan Doyle'a Watson opisuje z rezerwą i pewnym zniesmaczeniem, a jednak i zrozumieniem zarezerwowanym dla ekscentryków i wolno duchów, w serialu jest piętnowane, choć wpisane w rys osobowości głównego bohatera. Fascynujące jest też to, że Sherlock Holmes jako bohater dzięki swojej ekscentryczności i odmienności (oraz cechom obecnie najczęściej przypisywanym osobom ze spektrum autyzmu) doskonale wytrzymał próbę czasu i bez żadnego uszczerbku przetrwał próbę przeniesienia z epoki wiktoriańskiej do współczesnego Londynu. To bohater ciągle "aktualny" i nośny - schemat jego działania cały czas jest funkcjonalny. Dlaczego tak wielu detektywów po nim w jakiś sposób z niego czerpało albo go przypominało?


Shutterstock

Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Postać osoby tak odmiennej od reszty społeczeństwa, że dzięki temu wyjątkowej, nie jest w żadnym wypadku figurą świeżą. Jednak podejście do jej roli zmieniało się w zależności od warunków geopolitycznych i historycznych - ludy pierwotne miały w zwyczaju osobnika najdziwniejszego, najbardziej "szalonego", mianować swoim szamanem jako tego dotkniętego "palcem bożym". Społeczeństwa zachodnie osobniki nienormatywne zaczęły z kolei spychać na margines, co tak błyskotliwie pokazał swego czasu Michel Foucault, opisując choćby koncepcję panoptikonu i powstających coraz liczniej wraz z erą Oświecenia szpitali dla psychicznie chorych. Jednak tego, czego społeczeństwo coraz bardziej się wypierało, kultura i sztuka coraz bardziej chciały.

Dość trafnie ten fenomen opisał Cesare Lombroso, twórca włoskiej szkoły pozytywistycznej w kryminologii i pierwszy propagator antropometrii, po latach odsądzonej od czci. W swojej klasycznej już pracy "Geniusz i obłąkanie" próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, gdzie leży granica pomiędzy szaleństwem a geniuszem.

Pisał wprost, że te dwie cechy idą w parze. Choć znaczna część jego dorobku naukowego nie przetrwała próby czasu, to jednak wnioski poświęcone jednostkom nienormatywnym wydają się szczególnie intrygujące - Lambroso na podstawie licznych obserwacji klinicznych wywnioskował, że genialność występuje jednocześnie z różnego rodzaju "ułomnościami neuropsychicznymi" takimi jak tiki, natręctwa i nałogi. Jak w swoim eseju relacjonował Juliusz Leszczyński, ludzie genialni w jego ujęciu często bywali ludźmi w jakiś sposób ułomnymi - nadwrażliwi z jakiegoś powodu, z brakiem jakichś umiejętności, a zatem i często nieszczęśliwi.

Dokładnie ten mechanizm ucieczki można było przecież zaobserwować u znanych artystów, tych których zwykliśmy nazywać "poetami wyklętymi". Artur Rimabuad, Charles Baudelaire, Edgar Allan Poe, Andrzej Bursa, Edward Stachura, Rafał Wojaczek, Jim Morrison - to oni wiedli życie, które tak liczni bohaterowie literaccy niejako kopiowali czy też trawestowali. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że życie "poety wyklętego" wiódł Charles Bukowski - literacki ojciec Henry'ego Chinaskiego, literackiej "ćmy barowej".

Czy to nie brzmi zaskakująco znajomo? Philip Marlow nie stronił od alkoholu, podobnie wszak było w przypadku Kurta Wallandera czy Harry'ego Hole'a. Pamiętać jednak trzeba, że ich skłonność do substancji psychoaktywnych to forma ucieczki. Nawet nie tyle od samej rzeczywistości, co raczej od własnego jej postrzegania - tak bardzo przenikliwego i tak dużo bardziej dogłębnego niż ma to miejsce w przypadku innych "zwyczajnych" osób.


Shutterstock

Nieprzystający do rzeczywistości

Ile Chinaskiego różni od Philipa Marlowe'a? Bohater Raymonda Chandlera to prywatny detektyw z cynicznym poczuciem humoru, zgorzkniały idealista ze skłonnością do nadużywania alkoholu, no i oczywiście gigantycznym powodzeniem u kobiet. Prywatną praktykę musiał otworzyć, bo wyrzucono go z pracy w prokuraturze - tutaj widzimy jego niezdolność do przystosowania się do przyjętych ogólnie norm społecznych. Do tego jego nieprzeciętna inteligencja przejawia się w fascynacji szachami - nasz detektyw analizuje turniejowe pojedynki szachmistrzów. Najczęściej jednak gra sam ze sobą.

Pracę prywatnego detektywa wykonuje z niemałym poświęceniem, a jest przy tym tak nonkonformistyczny i nieustępliwy oraz nieszablonowy w działaniu, że często zdarza mu się wylądować w areszcie w formie podejrzanego o współudział. Chandlerowi udało się z tego zawalidrogi, człowieka pełnego wad, uczynić bohatera wręcz pozytywnego - takiego, któremu kibicujemy, choć ewidentnie ma pokrętne i mroczne podejście do moralności. Nic dziwnego, przyszło mu działać w mrocznych czasach, kiedy to gangi rządziły USA, a przestępstwo było powszechnie uznawanym sposobem na życie. Jego cynizm był orężem w walce ze społeczną anomią, Marlow zaś błędnym rycerzem, ostatnim sprawiedliwym w świecie złoczyńców. Kimś, kto nie chce dostosować się do panujących ogólnie norm społecznych.

Podobne wzorce spełniają popularni w ostatnich latach książkowi detektywi Kurt Wallander i Harry Hole. Ten pierwszy przez długie lata próbuje przecież wieść normalne rodzinne życie - przychodzi jednak moment, że wszystko co tak misternie budował - małżeństwo, relacje z córką, własnym ojcem - sypią mu się jak domek z kart. To melancholik, by nie powiedzieć człowiek funkcjonujący przez lata w stanie klinicznej depresji. Praca jest jego pasją, ale i do niej ma stosunek ambiwalentny. Wiedząc, ile go kosztuje, jak wielkie przez nią ponosi straty - tak jak wtedy, kiedy przechodzi załamanie po zabiciu człowieka w obronie własnej, często zastanawia się, czy nie rzucić tego zajęcia w diabły. Nawet we wzorcu odmienności jest odmienny.

Jakby nie patrzeć, najsłynniejszy śledczy PRL, porucznik Borewicz też był odmieńcem, kolorowym ptakiem na tle innych swoich kolegów po fachu. W warunkach komuny był tym, co najłatwiej nazwać polską wersją Jamesa Bonda. Kobieciarz, zawsze dobrze ubrany, piekielnie inteligentny i pewny siebie. A jednocześnie stróż prawa, który bezbłędnie tropił zbrodnię bez najmniejszego śladu służalczości, bez próby wycierania sobie gęby politycznymi frazesami. Borewicz był też zdecydowanym przeciwnikiem biurokracji, enfant terrible polskiej kryminalistyki, który miał przyzwolenie na swoje frywolne zachowanie, bo było po prostu skuteczne.

Fenomen "odmieńca" i jego roli kulturowej, tak doskonale widocznej we wspomnianych przez nas kryminałach, opisał bardziej adekwatnie do naszych realiów doktor Dale Archer w książce "Better than normal". Już sam podtytuł tłumaczy obserwowany przez nas fenomen: "How what makes you different can make you exceptional": to, co czyni cię innym, może uczynić cię wyjątkowym.

Dale Archer - psychiatra i częsty gość programów publicystycznych - stawia odważną tezę. Jego zdaniem zachowania przypisywane pod etykietki takie jak "ADHD", "bipolarne" czy "nerwica natręctw" to często zupełnie zwyczajne ludzkie zachowania, których doświadczamy wszyscy. Jednak większość z nas nie potrafi docenić tudzież zauważyć, co dzięki nim można osiągnąć. Co gorsza, zamiast zauważyć ich pozytywne skutki, wolimy je stygmatyzować i im zaprzeczać. W swojej książce, którą napisał po 20 latach pracy z pacjentami, proponuje by zamiast wypierać swoje odruchy, czerpać z nich korzyści. Nasze największe słabości mogą stać się naszymi największymi zaletami - pisze.

I dokładnie to robią nasi książkowi bohaterowie - ich rzekome ułomności i wady, które uniemożliwiają im prowadzenie normalnego życia, pozwalają im dostrzegać rzeczy, których nie widzą inni ludzie. Ci, którzy są zbyt zajęci prowadzeniem zupełnie normalnego życia. Na ich przykładzie okazuje się, że żeby zauważyć, co nie pasuje do obrazka, nie można tkwić w tej samej ramce.