Po co nam bliskość?

Po co nam bliskość? (Shutterstock)

Po co nam bliskość? To klasyczny "dylemat jeża", ale warto podjąć ryzyko

Wielu z nas boi się bliskości, jednak potrzebujemy jej wszyscy. I to mocniej niż by się mogło wydawać. Brak głębokich więzi może się poważnie odbić nie tylko na psychice, ale i na zdrowiu fizycznym.

Na przełomie lat 50.i 60. wśród psychologów w USA dominował pogląd, że więź dziecka z matką opiera się na potrzebie zdobywania jedzenia. Uważali oni, że dziecko widzi w matce przede wszystkim karmicielkę. Jest do niej przywiązane, bo nie potrafi jeszcze samodzielnie znajdować pożywienia.

Przełomowe eksperymenty

Amerykański psycholog Harry Harlow sądził jednak, że taka teoria niesłusznie pomija inne aspekty tej relacji. Podejrzewał, że zaspokajanie potrzeb emocjonalnych dziecka może być równie istotne, co potrzeb fizjologicznych. Aby się o tym przekonać, przeprowadził szereg eksperymentów.

W pierwszym z nich Harlow oddzielił młode rezusy od ich matek i wychował je w warunkach laboratoryjnych. Każda z małpek miała zapewnione ciepło, pożywienie, jednak niektóre dorastały w izolacji od innych przedstawicieli swojego gatunku. Rezultaty były szokujące. 

Już po 30 dniach u samotnych małpek dało się zauważyć oznaki silnego zdenerwowania. Dłuższa izolacja zupełnie niszczyła psychikę rezusów - po kilku miesiącach były w stanie jedynie siedzieć nieruchomo i patrzeć w przestrzeń. Nawet przyłączenie ich do grupy rówieśników nie leczyło traumy. Zwierzaki wychowane w izolacji były lękliwe, nie umiały nawiązać relacji z grupą. Harlow zauważył, że wiele z nich kurczowo ściska materiałowe pieluszki. To podsunęło mu pomysł na następny eksperyment.

Naukowiec przeprowadził go na kolejnej grupie młodych rezusów. Maluchy znów zostały zabrane biologicznym matkom, jednak tym razem każdy miał dostęp do dwóch matek zastępczych. Jedna z nich miała prostą konstrukcję z drewna i drutu, druga była pokryta miękką pianką i materiałem. Tylko do jednej przymocowana była butelka z mlekiem. Oczywiście, gdy to "miękka matka" oferowała pokarm, małpki kompletnie ignorowały drugą. Ale co się stało, kiedy butelkę przymocowano do "drucianej matki"? Okazało się, że w takiej sytuacji rezusy i tak lgnęły do "matki", do której mogły się przytulić. Do butelki podchodziły tylko po to, aby zaspokoić głód, po czym natychmiast wracały w objęcia "miękkiej matki".

Badania Harlowa pokazały, że bliskość jest równie silną i naturalną potrzebą, co jedzenie oraz że jest ona niezbędna do prawidłowego rozwoju.

Kolejne inspiracje

Na szczęście uczonemu nie przyszło do głowy, aby przeprowadzić analogiczne eksperymenty na ludzkich dzieciach. Jednak inspiracją dla Harlowa były prace jego kolegów, którzy badali maluchy dorastające się w sierocińcach. Ich obserwacje wskazywały na to, że nawet krótkotrwałe oddzielenie małego dziecka od rodzica skutkuje silnym stresem, a brak uwagi i czułości bywa tragiczny w skutkach. Niemowlęta, których potrzeba bliskości nie zostaje zaspokojona, rozwijają się wyraźnie gorzej. 

David H. Newman w książce "Cień Hipokratesa. Tajemnice Domu Medycyny" opisał przypadek 12-tygodniowej Layli, z którą zetknął się, gdy pracował jako lekarz w Iraku w czasie wojny. Dziewczynka miała niedowagę, spowolnione odruchy i problemy z nerkami. Jej sucha skóra była cała pomarszczona. Layla nie płakała. "Jej małe serce zdawało się uderzać o żebra tysiące razy na minutę, a czarne oczy przypominały dwie głębokie studnie. Jej ojciec, pracujący dla nas tłumacz, wyjaśnił, że w ich wilgotnym mieszkaniu wciąż było słychać strzały z karabinu i huk przejeżdżających czołgów, i czuło się bezustannie zapach dymu. (...) Ponieważ często chorowali, rzadko nosili dziecko na rękach, w obawie że je zarażą" - opisuje Newman.

Lekarz dodaje, że objawy, które wystąpiły u Layli, są dobrze znane medycynie. Podobne zaburzenia obserwuje się często u zaniedbywanych dzieci, a ich podstawą niekoniecznie są infekcje, urazy czy niedożywienie. Czasami takie piętno wywiera po prostu brak troski i bliskości. Layla miała szczęście - trafiła w bezpieczne otoczenie, gdzie rodzice mogli właściwie się nią zaopiekować. Zresztą nie tylko oni. Dziewczynka szybko stała się ulubienicą całego personelu medycznego. 

Rodzice czuwali przy niej całą noc, karmiąc ją i całując, a wszyscy zahartowani na polu walki lekarze przychodzili co rano, żeby ją zbadać. Po dwóch tygodniach Layla przytyła cztery kilo, jej skóra nabrała zdrowego blasku, nerki funkcjonowały bez zarzutu, ona cały czas gaworzyła, pokazywała na coś rączką, śmiała się i chwytała różne przedmioty - relacjonuje Newman. Historię Layli lekarz podsumowuje następująco: uzdrowił ją pełen miłości kontakt z rodzicami i tylko ta jedna modyfikacja wystarczyła.

Bliskość jest ważna od urodzenia
Shutterstock

Nie tylko dzieci

Choć podobne spostrzeżenia lekarzy to nic nowego, jeszcze niedawno wiele podręczników do wychowania zalecało "zimny chów". Matkom radzono, by nie nosiły dzieci zbyt często na rękach oraz nie reagowały na każdy ich płacz. Niestosowanie się do tych zaleceń miało rzekomo prowadzić do rozpieszczenia dziecka i nauczyć je, że może manipulować rodzicami za pomocą krzyków i łez.

Dziś trudno uwierzyć, że ktoś naprawdę mógł podejrzewać niemowlęta o tak makiaweliczne zapędy. Popularność zdobywa zupełnie odmienny model wychowania - "rodzicielstwo bliskości", a więc poświęcanie maluchowi maksimum uwagi, szybkie zaspokajanie jego potrzeb i wiele czułości. Dzieciom z pewnością wychodzi to na zdrowie oraz - co równie ważne - zabezpiecza przed lękiem przed bliskością w dorosłości.

Bo przecież bliskości potrzebują nie tylko dzieci. I choć wydaje się, że dorośli znacznie lepiej radzą sobie z samotnością, badania pokazują, że brak pozytywnych więzi odbija się także na ich zdrowiu. Zespół kierowany przez prof. Julianne Holt-Lunstad, psycholog z Brigham Young University, przeanalizował setki tysięcy życiorysów, aby wyodrębnić czynniki, które mają największy wpływ na długość naszego życia. Okazało się, że samotność podnosi ryzyko przedwczesnej śmierci bardziej niż otyłość. 

Zdaniem Holt-Lunstad w szkołach należy prowadzić trening społeczny, który uczyłby młodych ludzi nawiązywać i utrzymywać prawidłowe kontakty społeczne ze swoimi rówieśnikami. Również lekarze, szczególnie rodzinni, powinni zacząć dostrzegać potencjalne zagrożenia zdrowotne wynikające z samotności i izolacji - postuluje psycholożka. 

Wielu z nas ma problemy z nawiązywaniem bliskich relacji. Arthur Schopenhauer opisał je za pomocą trafnej metafory, nazwanej "dylematem jeża". Filozof porównał tęskniących za bliskością ludzi do grupy jeży, które chcą się wzajemnie ogrzać zimą. Każde ze zwierząt pragnie zbliżyć się do innych, a jednocześnie boi poranienia kolcami. Czasem warto jednak podjąć ryzyko, nawet kosztem bólu - jeśli nie dla szczęścia, to przynajmniej dla zdrowia.