Najlepiej zacząć uczyć się jazdy na nartach w wieku kilku lat

Najlepiej zacząć uczyć się jazdy na nartach w wieku kilku lat (Shutterstock)

Pięć lat to dobry wiek, żeby zacząć. Bywa ciężko, ale "najważniejsze to pozwolić spróbować"

- Jestem starym skoczkiem i młodym człowiekiem - mówi 25-letni Klemens Murańka. Ma rację, skakać zaczynał jako sześciolatek. Teraz ma już pięcioletniego syna. Klimek junior o byciu jak tata jeszcze nie marzy. Jednego dnia chce być piłkarzem, następnego dnia strażakiem, później wymyśla sobie jeszcze inną przyszłość. Ale jeśli tylko zechce skakać, na pewno najbliżsi mu w tym pomogą. To w dużej mierze od bliskich zależy, czy dziecko doskoczy do swoich marzeń.

Łukasz Rutkowski skoczkiem już nie jest. Reprezentował Polskę na igrzyskach olimpijskich w Vancouver w 2010 roku, ale po nich kariera mu się załamała. Teraz to właściciel i trener klubu Rutkow-ski. Były zawodnik szkoli dziewięciu chłopców. Najmłodszy ma sześć lat. - Pięć, sześć lat to odpowiedni wiek, żeby zacząć skakać. Na początku najważniejsze jest, żeby dziecko umiało się skupić na tym, co ma zrobić, co mu trener mówi. Jeśli już w takim wieku marzy o byciu skoczkiem i naprawdę chce spróbować, to jak najbardziej może - tłumaczy Rutkowski.

Rodzicu, włącz zielone światło

Ale dziecko nie wystartuje, dopóki zielonego światła nie włączą mu nie sędziowie albo trenerzy, tylko rodzice. - Nie ma co się przejmować, jeśli w okolicy domu nie ma skoczni. Skakać zaczyna się na górkach, prowizorycznych 'skoczeńkach'. Start dla wszystkich jest za darmo - mówi w rozmowie ze Sport.pl Jan Szturc, bodaj najlepszy w Polsce specjalista od wychowywania skoczków. To on odkrył i oszlifował talenty m.in. Adama Małysza i Piotra Żyły.

Słowa cenionego trenera potwierdza Maciej Kot. Zwycięzca dwóch konkursów Pucharu Świata lubi wspominać swoje początki. Rodzice wysłali jego i Kubę (starszego brata) na treningi narciarstwa zjazdowego, a chłopcy dawali wyraźne znaki, że interesują ich tylko skoki. Każdą górkę wykorzystywali do tego, by nie jak najszybciej zjechać, tylko jak najdalej polecieć.

Jeśli malec przejawia podobną miłość do skoków, to warto dać mu się sprawdzić pod okiem profesjonalisty. Niestety, w Polsce kluby mamy właściwie tylko na południu. Najlepiej prosperują prywatne, nastawione tylko na szkolenie dzieci, ale takie mamy zaledwie dwa. To KS Eve-nement Zakopane Kamila Stocha i jego żony Ewy oraz wspomniany już Rutkow-ski, również działający w Zakopanem. W tych klubach dzieciaki mają zwyczajnie lepsze możliwości. Dostają wyższej jakości sprzęt, wyjeżdżają na zagraniczne zgrupowania. Tu więcej znaczą sponsorzy, dzięki czemu mniejsze koszta ponoszą rodzice.

A skoki nie są sportem tanim. Najtańszy kombinezon dla dziecka to wydatek około 500 złotych. - Na narty, buty, kombinezon, wiązania i kask nie da się wydać mniej niż w sumie pięć tysięcy złotych - wylicza Szturc. Ale zaraz dodaje, że tak naprawdę i na starym, zużytym sprzęcie dostępnym w klubach da się wychować mistrza.

Nie musi być idealnie

Narty się odkształcają, buty wyginają, kombinezony trenerzy przeszywają i dopasowują do kolejnych dzieci, i chociaż nie jest łatwo, to jednak skokowe szaleństwo w Polsce trwa.

Małysz swój pierwszy w życiu skok wykonał bez nart, bo one zostały na progu skoczni razem z za dużymi butami, z których sześciolatek wypadł. Stoch na początek dostał kask, którym musiał się dzielić z dwoma kolegami. Akurat na niego był za duży. Już podczas pierwszego skoku zsunął mu się na oczy, przez co przyszły mistrz upadł i się potłukł.

Akurat w nowe, profesjonalne kaski polskie kluby kilka miesięcy temu wyposażyła Milka. Sponsor przekazał sprzęt do ponad 20 klubów. Dodatkowo zorganizował szkolenia dla młodych trenerów i opłacił sesje fizjoterapeutyczne w ośrodkach szkoleniowych w Zakopanem i Szczyrku. Taka pomoc jest cenna i w codziennej pracy na skoczniach, i wtedy, gdy gwiazdy naszych skoków wygrywają ważne zawody. Bo właśnie wtedy życie trenerów dzieci i młodzieży najmocniej przyspiesza.

- Na początku 2001 roku, po tym jak Adam wygrał Turniej Czterech Skoczni, w rekordowym dniu mieliśmy na treningu stu chłopców w wieku od sześciu do 12 lat. Ustawiła się kolejka, jak jedni poskakali, to oddawali sprzęt oczekującym, ci kończyli, a już za skakanie brali się następni. To było coś niesamowitego - wspomina Szturc dla Sport.pl. - W 2014 roku, po dwóch złotych medalach olimpijskich Kamila, znów zwiększyło się zainteresowanie skokami. Do naszego wiślańskiego klubu ludzie przychodzili nawet z pięciolatkami, którym się zamarzyło, że kiedyś też będą zdobywać olimpijskie medale. Tak jest po każdym dużym sukcesie. Szkoda tylko, że czasem rodzice się wkurzają, że nie mamy najlepszego sprzętu i szybko zabierają swoje dzieci - dodaje trener.

Wsparcie: najcenniejsza rzecz na dobry początek

Od rodzin przyszłych mistrzów na początku zależy najwięcej. W latach 2016-2019 do bardzo wielu sukcesów polską kadrę prowadził Stefan Horngacher. Na pierwszym spotkaniu z zawodnikami austriacki trener chciał przede wszystkim dowiedzieć się, jak każdy z nich wchodził w świat skoków. - Czy jako dziecko sam chciał skakać, czy ktoś go namówił? Czy płakał, jak mu nie wychodziło, czy mówił 'ja wam jeszcze pokażę'? Czy od razu skakanie mu się spodobało, czy przychodził na treningi, bo nie miał nic lepszego do roboty? Czy w czasach małyszomanii chciał być jak Adam, czy nie marzył o aż tak wielkich sukcesach? Czy na treningi ktoś go woził i czekał na niego, czy musiał wystawać na przystankach zziębnięty, ze smarkami pod nosem? Tych pytań było mnóstwo - mówił Krzysztof Murańka, ojciec Klemensa, opisując na Sport.pl początki pracy Horngachera w Polsce.

Murańka senior wziął kiedyś małego syna w trasę busem, którym woził turystów po Zakopanem i okolicy. Gdy podjechali pod Wielką Krokiew, Klimek bardzo zainteresował się obiektem. Widząc to tata przerwał pracę i patrzył z synem, jak latają skoczkowie. Po powrocie do domu, patrząc na zafascynowanego syna, ojciec postanowił, że zaprowadzi go do trenera. I tak wszystko się zaczęło.

- Rodzicu, jeśli w pobliżu znajduje się klub szkolący dzieci, a Twoja pociecha marzy o skakaniu, pozwól jej spróbować tego sportu. Nie musisz od razu wydawać pieniędzy na sprzęt - apeluje trener Szturc. - Na nartach zjazdowych też da się oswoić ze skakaniem, a takie narty są w każdym klubie. Jak dziecko to polubi, wtedy można dobrać lepszy sprzęt. Najważniejsze, żeby małym chłopcom i małym dziewczynkom, bo i one szkolą się w naszych klubach, pozwolić tego spróbować - przekonuje szkoleniowiec.

Nagrodą za cierpliwość może być mistrzostwo

I jeszcze jedno: nie spisujcie swych pociech na straty. Nawet jeśli początkowo nie będzie im szło, pozwólcie im skakać, jeżeli tylko wciąż będą tego chciały. Dawid Kubacki nie byłby dziś mistrzem świata, gdyby jego bliscy przejmowali się trudnymi początkami.

To było tak: pięciolatek zobaczył w telewizorze, jak leci jeden ze stylistów wszech czasów Kazuyoshi Funaki. I wtedy postanowił: będę jak on. Długo nie był. Bardzo długo. W grupie prowadzonej przez Zbigniewa Klimowskiego, a więc trenera, który sportowo ukształtował m.in. Stocha, mały Dawid przez lata był najmniejszy i skakał najkrócej. Mało tego, ojciec szkoleniowca żartował, że chłopiec bardziej nadaje się do uprawiania sumo niż skoków narciarskich.

- Tata często ze mną jeździł na treningi i zawsze się śmiał z Dawida, że on jeździ na zajęcia z kanapkami. Dawid to był mały pulpecik, który zawsze w plecaczku miał bułeczki. Tata żartował, że on nie myśli o treningu, tylko o tych kanapkach. Dawid był chłopaczkiem okrąglejszym i jak ktoś mnie pyta odnośnie talentu, to zawsze mówię, że Kamil to rzeczywiście od samego początku był talent i trzeba go było tylko szlifować, natomiast Dawid ciężką pracą doszedł do wyników - mówił Klimowski dla Sport.pl w styczniu 2019 roku, po pierwszym zwycięstwie Kubackiego w Pucharze Świata. - To konsekwentny, ambitny i bardzo pracowity chłopak. Wszystko mu przychodziło zdecydowanie ciężej, ale zawsze na treningach był bardzo sumienny i doszedł do mistrzowskiego poziomu. To przykład. On pokazał, że można - podsumowywał trener.