Nie ma feminizmu bez solidarności

Nie ma feminizmu bez solidarności (Fot. Rawpixel)

Mały słownik równości. Co znaczą terminy, o których mówią feministki?

O co chodzi z genderem, intersekcjonalizmem, pay gapem i mansplainingiem? Czy feministki nienawidzą mężczyzn, czy baby są jakieś inne a faceci to duże dzieci, które od małych różnią się tym, że myślą o seksie 24 godziny na dobę? Dlaczego nie ma feminizmu bez solidarności? Próbujemy tłumaczyć tak prosto, jak umiemy.

Zacznijmy od początku, czyli od narodzin. Nikt z nas nie miał wpływu na to, czy zaraz po urodzeniu zostaniemy uznani za chłopców czy dziewczynki. Nikt nie pytał nas o zdanie. Ok, już widzę Wasze skrzywienie na sformułowanie "uznani za". Jak to, powiecie, są jakieś pewniki biologiczne, albo siusiak albo cipka, bez przesady z tym genderem. Owszem, jakieś pewniki biologiczne są. Dlatego mówimy o płci biologicznej - określają ją nie tylko narządy płciowe - penis i jądra, pochwa i macica itd., ale przede wszystkim zestaw chromosomów: XX dla "kobiet", "XY" dla mężczyzn, a dopiero w dalszej kolejności trzeciorzędowe cechy płciowe - budowa ciała, owłosienie, tembr głosu.

Manifa 2018 przeszła ulicami Warszawy; Fot. Przemysław Wielichowski / AG
Fot. Przemysław Wielichowski / AG

Tylko, że nawet ta biologiczna rzeczywistość jest bardziej skomplikowana: można mieć męskie/żeńskie narządy płciowe zewnętrzne, a nie mieć wewnętrznych, albo na odwrót. Raz na 10 tysięcy przypadków rodzą się kobiety bez pochwy i macicy. Można mieć zarówno penisa, jak i pochwę, można wyglądać jak kobieta lub jak mężczyzna a mieć "niekobiecy" lub "niemęski" zestaw chromosomów. To wszystko nie jest zazwyczaj sprawdzane przy narodzinach, więc decyzja czy trafiamy do kategorii "kobiety" czy "mężczyźni" zawsze jest trochę arbitralną decyzją lekarki czy lekarza odbierających poród, a także rodziców, którzy wyrabiają dziecku dokumenty.  

Baby są jakieś inne

Ale załóżmy, że w większości przypadków sprawa z płcią biologiczną była dość jasna: urodziliśmy się z widocznym penisem albo z widocznymi narządami kobiecymi, dostaliśmy odpowiednią literkę w rubryce "płeć" i od tego czasu zaczyna się nasza przygoda z płcią kulturową. Powtórzę jeszcze raz: nikt nas nie pytał o zdanie, nie mieliśmy na to żadnego wpływu, a jednak literka K albo M zaważą na całym naszym życiu.

Płeć kulturowa, czyli budzący grozę wśród polskich biskupów gender, to wszystko to, co dana kultura dodaje do biologicznych cech płciowych, to ogromna nadbudowa nad siusiakiem i cipką.

Płeć kulturowa to stereotypy, przekonania i uprzedzenia związane z płcią: to, że uznajemy, że do dziewczynek pasuje róż, a do chłopców niebieski (choć sto lat temu uważano na odwrót), że kobiety są emocjonalne, gadatliwe, opiekuńcze i delikatne, a mężczyźni myślą tylko o seksie i mają inteligencję emocjonalną na poziomie ameby. Kobiety nie nadają się do pracy w wojsku, mężczyźni w przedszkolu. Kobiety nie myślą racjonalnie. Mężczyźni myślą racjonalnie więc "racjonalność" to bardzo pozytywna rzecz w naszej kulturze. Podobnie jak ambicja, waleczność, mężność (tu mężczyzna jest wpisany w zaletę!), cechy stereotypowo męskie są cenione wyżej niż te, stereotypowo kobiece: właśnie opiekuńczość, współczucie, troskliwość.

Binarny podział świata i związana z nim heteronorma polega więc na silnym, często milczącym, nie zawsze uświadamianym założeniu, że:

- kobiety są inne niż mężczyźni;

- kobiety i mężczyźni to przeciwne płcie, które pożądają siebie nawzajem;

- to co męskie jest lepsze, to co kobiece jest suplementarne;

- to co męskie jest lepsze, ale kobiety powinny raczej pozostawać w kobiecych rolach, a mężczyźni w męskich;

- przekraczanie stereotypów i zamazywanie różnicy płciowej nie jest atrakcyjne - prowadzi do powstawania "babochłopów" i "zniewieściałych lalusiów" przy czym dla mężczyzny nie ma gorszej obelgi niż "zniewieściały".

Manifa 2018 przeszła ulicami Warszawy; Fot. Przemysła Wielichowski / AG
Fot. Przemysła Wielichowski / AG

Praca domowa: zastanówcie się nad tym, dlaczego tak jest. Heteronorma polega zaś na tym, że mimo tych różnic mężczyźni i kobiety dążą do współżycia i reprodukcji, najlepiej w monogamicznych związkach, chociaż wiadomo, facet musi się wyszumieć, przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest podejrzana i w zasadzie niemożliwa, a samiec i samica nieustannie się pilnują i są o siebie zazdrośni, jednocześnie doznając niezliczonych pokus ze strony innych samców i samic.

Dobrze, trochę przesadzam, ale czy ta nieco przesadzona wizja odwiecznej "wojny płci" nie jest bliska temu, co oglądamy w kinie i telewizji, o czym czytamy w powieściach i na portalach i w kolorowych czasopismach?

Przekonanie, że "baby są jakieś inne", "mężczyźni to duże dzieci" przekonanie, że ludzie ze względu na płeć się jakoś fundamentalnie różnią i w związku z tym powinni pełnić inne role to seksizm. Seksizm to, inaczej mówiąc, dyskryminacja ze względu na płeć.

Feminizm znaczy równość

I tu właśnie wchodzi feminizm. Przypomnę po raz trzeci - nie mieliśmy wpływu na naszą płeć. Czy nie jest bardzo niesprawiedliwe, że cecha, na którą nie mieliśmy wpływu tak bardzo determinuje nasze życie? Jest to tak samo niesprawiedliwe jak w przypadku rasy, pochodzenia społecznego czy narodowości.

Feminizm się temu sprzeciwia i walczy o równość. O to, żeby wszyscy ludzie mieli takie same prawa i możliwości. Tylko tyle i aż tyle. Pierwsza fala feminizmu, sufrażystki i emancypantki z przełomu XIX i XX wieku koncentrowały się przede wszystkim na prawach: żeby kobiety mogły być pełnoprawnymi obywatelkami, żeby mogły głosować w wyborach, uczyć się i studiować, mieć swoje pieniądze i móc nimi zarządzać.

Drugą falą feminizmu nazywamy zjawiska pojawiające się w Stanach Zjednoczonych w latach 60. 70. Kobiety dostrzegły wówczas, że gwarancje prawne to nie wszystko, bo równie silny wpływ na nasze życie mają obyczaje i stereotypy płciowe, te zaś przekładają się na utrudnienia w dostępie do zawodów i stanowisk, ale też na ograniczenia związane z ciałem.

Feministki drugiej fali walczyły o prawo do przerywania ciąży i o uznanie kobiecej seksualności. Nieco upraszczając, mówiły o tym, że kobiety mają prawo do dysponowania swoim ciałem, mogą sypiać (albo nie sypiać) z kim chcą, ile razy chcą i jak chcą. Ale zwracały też uwagę na to, że kobietom przypada opieka nad dziećmi, więc społeczeństwo powinno im w tym pomóc. Nie ma równości na rynku pracy, jeśli nie będzie dostępnych żłobków i przedszkoli.

Trzecia fala feminizmu narodziła się w latach 90. XX wieku - to feminizm intersekcjonalny, który bierze pod uwagę rasę, klasę, wiek. Kobiety są dyskryminowane ze względu na bycie kobietami ale rodzaj wykluczenia, dyskomfortu albo doznawanej przemocy będzie inny dla białej kobiety z klasy średniej, inny dla czarnej z ubogiej dzielnicy Nowego Orleanu, jeszcze inny dla matki kilkorga dzieci z postpegeerowskiej wsi.

Manifa 2018 przeszła ulicami Warszawy; Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Inaczej dyskryminowane są kobiety młode: narażone na szyderstwa, niechciane zaczepki, przemoc seksualną; inaczej starsze - dyskryminowane na rynku pracy, narażone na biedę, wykluczenie socjalne, brak opieki.

Dlatego tak ważną wartością dla feminizmu jest solidarność - poczucie wspólnoty z tymi, którzy mają gorzej, ale też stawanie w ich obronie. Jeśli, dajmy na to, jestem heteroseksualną kobietą i doświadczam dyskryminacji ze względu na płeć, rozumiem, czym jest dyskryminacja, więc będę się solidaryzować z gejami.

Jeśli zmagam się z bezpłodnością i rozumiem, jaką tragedią jest nie móc mieć dziecka, którego się pragnie, będę wspierać lesbijki w ich walce o prawo do adopcji dzieci.

Jeśli wiem, jaką tragedią jest nie móc mieć dziecka, którego się pragnie, rozumiem też dramat bycia w niechcianej ciąży, dlatego będę się domagać prawa do legalnej i bezpiecznej aborcji. To nie znaczy, że sama jej dokonam, to znaczy, że uznaję prawo innych osób do decydowania o swoim ciele i swojej płodności.

Jeśli jestem lesbijką to nie znaczy, że będę obojętna na świadectwa kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej ze strony mężczyzn, ale nie będę też kwestionować cierpienia mężczyzn, wobec których kobiety nadużyły pozycji siły czy przywileju.

Dobra wiadomość jest taka, że nie musicie rozróżniać poszczególnych fal feminizmu. Nie są one zresztą przeciwstawne, raczej uzupełniające się.

Feminizm nie jest też zdyscyplinowanym ruchem, międzynarodówką pilnującą czy aby nie nosicie szpilek i nie wzdychacie za gromadką dzieci. Feminizm jest przede wszystkim poglądem i postawą - poglądem, że ludzie są równi, postawą empatii i współczucia wobec słabszych i wymagających opieki. Bardzo trafnie ujęła to ostatnio czeska pisarka Tereza Stejskalova.

Feminizm nie nienawidzi mężczyzn i nie zabrania kobietom być "kobiecymi". Feminizm chce, żeby tradycyjnie kobiece role płciowe takie jak np. opieka nad rodziną były dowartościowane i wspomagane przez opiekuńcze państwo.

Ale feminizm chce także, aby kobiety, które nie chcą mieć dzieci nie były do tego zmuszane. Żeby nie były uznawane za mniej wartościowe. Żeby mogły nosić spodnie i krótkie włosy (czy wiecie, że w polskich szkołach dziewczęta mogą nosić spodnie dopiero od 1971 roku?)

Można powiedzieć, że feminizm nie chce żeby ludzie byli oceniani i traktowani przez pryzmat tego, co mają między nogami, a zarazem dostrzega, że tak właśnie jest i tak się działo przez lata rozwoju naszej tradycji i kultury, tak się wciąż nas socjalizuje i wychowuje. Tak działa patriarchat.

Hej, hej, sprawdź swój przywilej

Patriarchat to system, w którym symbolicznie i praktycznie dominują mężczyźni. To system, który wyżej ceni to, co męskie, a zarazem to, co męskie czyni właściwym, słusznym i domyślnym. Na przykład nazwy poważanych zawodów, takie jak lekarz, adwokat, pilot są w domyśle w rodzaju męskim. Rodzaj żeński trzeba dopiero dostosować.

To także system, w którym odruchowo, bezwiednie utożsamiamy człowieka i mężczyznę. Patriarchat lubi się odwoływać do tradycji, natury i zdrowego rozsądku, żeby zasłonić przed nami, że społeczne hierarchie są wytworem określonej kultury.

Manifa 2018 przeszła ulicami Warszawy; Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Nie oznacza to, że biologia nie ma na nas wpływu, ale oznacza że kultura określa w jaki sposób interpretujemy ten wpływ. Patriarchat jest krzywdzący i dla kobiet i dla mężczyzn, chociaż inaczej. Ale to patriarchat, a nie, jak śpiewała Kayah, testosteron, jest odpowiedzialny za to, że mężczyźni giną na wojnach, że są ofiarami przemocy innych mężczyzn, że nie chcą brać urlopów ojcowskich, że trudniej im o opiekę nad dziećmi w przypadku rozwodu, że nakazuje im się tłumić emocje. Z patriarchatem związana jest dyskryminacja i przywilej.

Bycie mężczyzną, zwłaszcza białym jest przywilejem. Jeśli urodziłeś się mężczyzną to nie zajdziesz w niechcianą ciążę, raczej rzadko słyszysz, że masz fajne nogi/tyłek/cycki, jesteś dużo mniej narażony na gwałt jeśli upijesz się na imprezie, dużo mniej prawdopodobne, że twoja żona lub partnerka będzie na tobie wymuszać seks, że zapytają cię na rozmowie kwalifikacyjnej czy zamierzasz zajść w ciążę.

Masz łatwiej w pracy niż kobieta z takimi samymi kwalifikacjami. W Polsce kobiety stanowią 12 proc. osób zasiadających w zarządach firm. Nie dlatego, że nie chcą robić kariery, ale dlatego, że tzw. szklany sufit jest faktem społecznym.

Pay gap, czyli luka płacowa to obserwowane na całym świecie zjawisko różnicy w zarobkach kobiet i mężczyzn. W Polsce, według raportu Ministerstwa pracy, Rodziny i Polityki Społecznej wynosi ona od 16 do 24 proc.

Nie oznacza to, że będąc mężczyzną nie masz problemów, ale warto się zastanowić nad tym, że może masz ich mniej i innego rodzaju niż mają kobiety. Buntujesz się przeciwko uznaniu się za osobę uprzywilejowaną? Warto zrobić test, jeden z wielu dostępnych w Internecie, choćby ten z amerykańskiego BuzzFeeda. Otwiera on oczy na wiele rodzajów dyskryminacji przed którymi chroni nas nasz przywilej, choć oczywiście posiadanie go nie chroni przykrościami i różnymi formami dyskryminacji.

Jeśli jesteś mężczyzną jesteś chętniej słuchany, pewniej i łatwiej zabierasz głos na zebraniach. Mansplaining, zjawisko polegające na tym, że mężczyźni wyjaśniają kobietom coś w sposób protekcjonalny i zakładają, że znają się na tym lepiej, wynika właśnie z tego, że mężczyźni są socjalizowani do zabierania głosu, do wypowiadania sądów w sposób pewny i arbitralny. Często bierze się to nawet nie z tego, że uważasz, że kobiety są głupsze, ale z tego, że nie zdajesz sobie sprawy, jak łatwo przychodzi ci mówienie. Nie zdajesz sobie sprawy ze swojego przywileju.

Manifa 2018 przeszła ulicami Warszawy; Fot. Wiktoria Beczek Gazeta.pl
Fot. Wiktoria Beczek Gazeta.pl

Każda kobieta wie, o czym mówię - pisze Rebecca Solnit w książce "Mężczyźni objaśniają mi świat" - Istnieje pewien rodzaj tupetu, który utrudnia kobietom działanie na wszelkich polach, pokazując im, że ten świat nie należy do nich.

Dlatego feministki postulują wprowadzenie parytetów albo różnych rodzajów dyskryminacji pozytywnej. Brzmi to jak oksymoron, ale w istocie polega na wyrównywaniu szans.

Parytet oznacza równy udział kobiet i mężczyzn w życiu publicznym. Na przykład połowę miejsc dla kobiet na listach wyborczych, w panelach dyskusyjnych albo w zarządach firm. Jest sposobem na wymówkę, że kobiety nie garną się do polityki, do nauki, do biznesu. Ale nie garną się, bo jest im trudniej - parytet ma złagodzić tę trudność. Powiecie, że oznacza to, że kobiety będą dodawane na siłę, że będą przeciętnymi polityczkami i profesorkami. Może i będą - ale czy tylko wybitni mężczyźni uprawiają politykę i naukę? Nie.

Ludzie są różni i równi. W idealnym świecie płeć nie miałaby znaczenia i nie potrzebowalibyśmy feminizmu, bo zastąpiłoby go poszanowanie dla praw człowieka. Ale nie żyjemy w świecie idealnym.

Żyjemy w świecie, który wciąż jest mocno trzymany przez patriarchalne stereotypy, w którym kobiety doświadczają realnej dyskryminacji i fizycznej przemocy, w którym płeć determinuje życie codzienne. Możemy próbować to zmienić przez kwestionowanie stereotypów, przez zadawanie sobie pytań o to, co pozornie wydaje się oczywiste, przez edukację, przez zmiany w prawie. Dlatego ciągle jeszcze potrzebujemy feminizmu.