Timothy Irwin

Timothy Irwin (Fot. UNICEF)

"Udało się nam wyrwać z rąk partyzantów prawie tysiąc dzieci, które widziały gwałty, przemoc, same zabijały"

- Sytuacja humanitarna w Sudanie Południowym jest ciągle bardzo zła. Zniszczona została służba zdrowia i system edukacyjny. Panuje głód, porównywalny z tym w Jemenie - mówi Timothy Irwin, który z ramienia UNICEF pracuje w Sudanie Południowym.

Przemysław Witkowski: Jak długo jesteś w Sudanie Południowym?

Timothy Irwin: W styczniu 2019 roku mijają trzy lata.

Pierwszy raz pracujesz w tym kraju?

Drugi. Byłem tu już w 2013 roku z inną organizacją.

Dlaczego wróciłeś?

Wiesz, panuje tu bardzo ciężka sytuacja humanitarna. Umieralność dzieci jest niezwykle wysoka, a zgonów wśród rodzących kobiet jest najwięcej na świecie. Połowa Sudańczyków nie ma dostępu do czystej, bieżącej wody. Cztery miliony ludzi wypędzono z domu, co najmniej trzysta tysięcy zabito. Czystki etniczne, gwałty, zabójstwa, nieletni pod bronią, ponad dwa miliony dzieci niechodzących do szkoły - Sudan Południowy to miejsce, gdzie pomoc UNICEF jest niezbędna. Chcę czuć, że to co robię ma wyraźny, namacalny cel. Dlatego wybrałem ten kraj. Chciałem działać w miejscu, które potrzebuje pomocy natychmiast.

Ty też możesz pomóc głodującym dzieciom w Sudanie Południowym. Wesprzyj zbiórkę UNICEF >>>

Co robisz będąc tam na miejscu?

Pochodzę z Londynu. Wcześniej byłem dziennikarzem. Pracowałem wiele lat w BBC. Potem zacząłem pracę dla różnych agend Organizacji Narodów Zjednoczonych, aż w końcu zacząłem działać w UNICEF. W Sudanie Południowym, z racji wykształcenia i doświadczenia zawodowego, kieruję naszym pięcioosobowym centrum komunikacji.

Jak wielu ludzi łącznie pracuje w Sudanie Południowym dla UNICEF?

Ponad czterysta osób.

Czym się zajmują?

Mamy na miejscu lekarki, pielęgniarzy, nauczycielki i edukatorów i psycholożki - żeby pomagać chorym i doświadczonym przez wojnę Sudańczykom. Przede wszystkim oczywiście dzieciom. Udało się nam wyrwać z rąk partyzantów prawie tysiąc dzieci żołnierzy. Staramy się przywracać je  rodzinom, wesprzeć ich powrót do normalnego życia. One wymagają nie tylko pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Te dziec widziały gwałty, niewyobrażalną przemoc, same zabijały

W Sudanie Południowym panuje wojna. Jak wygląda aktualnie sytuacja na miejscu?

Wojna trwa właściwie od samego początku istnienia tego kraju. Kiedy Sudan Południowy powstał jako państwo w 2011 roku, miało to zakończyć najdłuższą wojnę domową w Afryce - II sudańską wojnę domową. Konflikt, który rozpoczął się jeszcze w 1983 roku. Niestety, tak się nie stało. Bardzo szybko walki rozgorzały na nowo. Teraz liczymy, że po serii rozejmów rok 2019 w końcu będzie momentem powrotu do normalnego życia. Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja humanitarna jest ciągle bardzo zła. Zniszczona została służba zdrowia i system edukacyjny. Jedna trzecia Sudańczyków musiała opuścić swoje domy. Prawie pół miliona mieszka w obozach ONZ. 2,5 mln musiała uciekać do Ugandy. Wielu ukrywa się po prostu w buszu. Bez wody pitnej, żywności i lekarstw. Panuje głód, porównywalny z tym w Jemenie. 

Komu staracie się pomóc?

Oczywiście przede wszystkim dzieciom. Po pierwsze staramy się ratować życie i zdrowie. Skupiamy się na dzieciach do piątego roku życia. W tej grupie panuje niezwykle wysoka śmiertelność. Jedno na dziesięć umiera. Trudno się dziwić. Na miejscu, dla 13 milionów mieszkańców, są tylko trzy niepolowe szpitale, a w niektórych rejonach jest tylko jeden lekarz na 500 000 osób.

Timothy Irwin
Fot. UNICEF

Jak działacie dla poprawy tego stanu?

Skupiamy się na szczepieniach i walce z chorobami: malarią, cholerą i risztą. Przede wszystkim ich przyczyną jest brak czystej wody.  Dostarczamy więc ją i urządzenia filtrujące. To bardzo ważne w zapobieganiu rozpowszechniania się tych epidemii. Tylko co dziesiąty Sudańczyk ma dostęp do kanalizacji. W tym roku prawie pół miliona ludzi miało dostęp dzięki nam do czystej wody. To tylko kilka, do kilkunastu litrów dziennie, ale zawsze, to ilości ratujące zdrowie i życie. Dodatkowo wzmacnia to szanse, że nie wybuchnie kolejna fala epidemii. Udało się nam także zaszczepić ponad trzy miliony dzieci na przenoszone, między innymi przez zanieczyszczoną wodę, porażenie dziecięce - polio i ponad sześćset tysięcy na odrę. Rozdaliśmy też rodzinom sześćdziesiąt tysięcy kompletów moskitier, które pomagają chronić się przed komarami, przenoszącymi w tym klimacie malarię. Nasi lekarze przyjęli prawie milion pacjentów. Niestety ryzyko zachorowania w kraju zwiększa znacząco panujący głód, który osłabia ludzi i ich układy odpornościowe.

Działacie także w tej kwestii?

Tak szczególnie, że potrzeby są ogromne. Niedojada prawie siedem milionów ludzi. To połowa mieszkańców. Ponad milion dzieci jest niedożywionych, co znacząco zwiększa u nich ryzyko zachorowania i śmierci. Staramy się dostarczyć im podstawowe witaminy i mikroelementy. Także tym z regionów odciętych wcześniej od jakiejkolwiek pomocy. Pracujemy nad wzmacnianiem lokalnych sieci społecznych i rozwijamy współpracę między organizacjami, żeby lepiej koordynować pomoc. W tym roku udało nam się pomóc ambulatoryjnie ponad stu dwudziestu tysiącom ciężko niedożywionych dzieci. Jednak, jak widać po liczbach, potrzeby w tej materii są ciągle ogromne.

Pomagacie tylko doraźnie czy próbujecie rozwijać lokalną infrastrukturę?

Niestety, w Sudanie Południowym nie tylko służba zdrowia uległa zniszczeniu. W wielu miejscach zupełnie przestał działać system edukacyjny. Ponad 2 miliony dzieci nie chodzi w ogóle do szkoły. To - w stosunku do liczby ludności kraju - najwięcej na świecie. Jedna czwarta szkół została rozgrabiona w wyniku walk. Co dziesiąta została zniszczona. Próbujemy choćby w części wypełnić ten brak. Tym bardziej, że nie tylko potrzeby są ogromne, ale i chęci. Nie znam tu dziecka, które nie marzyłoby o tym, żeby móc uczyć się w normalnej klasie. Udało nam się zapewnić edukację ponad czterystu tysiącom dzieci w prawie dwustu miejscach. Prawie połowa z nich to dziewczynki. Wraz z lokalnymi władzami pracujemy nad programami powrotu do szkoły dla kolejnych pięciuset tysięcy dzieci. Wierzę, że dzięki pomocy darczyńców i naszemu zaangażowaniu już niedługo uda się dać szansę na edukację wszystkim potrzebującym tego maluchom. Niestety brakuje nam, w zależności od programu od 40 do 60 procent sumy, która pozwoliłaby nam zrealizować nasze podstawowe cele. Bardzo liczymy, że także dzięki wam, czytelnikom w Polsce, uda się nam zebrać fundusze, potrzebne do pracy tu, na miejscu.

Tu możesz wesprzeć UNICEF i pomóc umierającym z głodu dzieciom >>>

Nie czujesz się zmiażdżony psychicznie tym co oglądasz na miejscu? Głodujące dzieci, umierający ludzie, wojna?

Oczywiście. To ciężkie doświadczenie. Na szczęście jesteśmy tu pod opieką psychologów i miewamy przepustki. No i zawsze możemy wrócić do naszej bezpiecznej rzeczywistości. Niestety, tego samego nie mogą powiedzieć o sobie Sudańczycy. Oni muszą znosić głód, choroby, wygnanie.

Dlaczego więc zdecydowałeś się na pracę w takim miejscu?

To jedno z tych miejsc na Ziemi, gdzie mocno i wyraźnie czujesz, że to co robisz ma sens. Widzisz bezpośrednie efekty. Uratowanych od śmierci i chorób ludzi. Dzieci po raz pierwszy od lat idące do szkoły. To wynagradza mi stres i zmęczenie. Czuję, że mam wpływ, że robię coś dobrego dla innych.

Dziękuję za rozmowę.