Wizerunek rzekomego 'obcego' z Emilcina

Wizerunek rzekomego 'obcego' z Emilcina (Fot. 'Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy' kadr)

Tajemnica "zdarzenia w Emilcinie". Czy w lubelskiej wsi rzeczywiście wylądowało UFO?

Hasło "UFO" zwykle kojarzy nam się z amerykańską popkulturą, np. serialem "Z Archiwum X". Nie wszyscy wiedzą, że i w Polsce mieliśmy słynną sprawę spotkania z Niezidentyfikowanym Obiektem Latającym. Mowa tu o tzw. "zdarzeniu w Emilcinie", od którego w maju minęło dokładnie 40 lat.

Co wydarzyło się w lubelskiej wsi Emilcin 10 maja 1978 roku? Oddajmy głos Janowi Wolskiemu, bezpośredniemu uczestnikowi tych tajemniczych wydarzeń.

Świadectwo Jana Wolskiego

- Jechałem w stronę domu przed 8 - wspominał Wolski w krótkometrażowym reportażu "Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy", nakręconym jeszcze w 1978 roku. - Wyjeżdżam zza krzaków i zauważam dwie osoby idące w tę samą stronę, w którą jechałem. Z początku szli prędzej, a jak mnie zauważyli, to zaczęli iść wolniej. Gdy do nich dojechałem, to jeden się odsunął na lewo, a drugi na prawo. Wjechałem pomiędzy nich, a oni mi w tym czasie wsiedli na wóz.

Dziwne istoty ubrane były w jednoczęściowe, obcisłe stroje bez żadnych guzików. Na klatce piersiowej miały mieć żółte okręgi z czerwonymi kropkami w środku. Ich twarze były zielone, a oczy skośne. Miały między sobą rozmawiać w języku niezrozumiałym dla Jana Wolskiego. Gdy wóz pojechał dalej, woźnica zauważył "autobus" lewitujący w powietrzu. Miał to być, rzecz jasna, pojazd przybyszy z innej planety.

Na potrzeby wspomnianego reportażu do Emilcina wysłano Grzegorza Rosińskiego - grafika i rysownika komiksów, znanego dziś głównie z rysowania serii "Thorgal". Rosiński miał narysować wszystko to, co zeznał, że zobaczył Wolski. Pojazd był kształtu "krótkiego autobusu", całego białego, do którego miała prowadzić niewielka winda. Pojazd unosił się prawdopodobnie dzięki czterem wirom znajdującym się w jego rogach. Pasażerowie na gapę zsiedli z wozu i zaprosili Wolskiego do środka.

W międzyplanetarnym autobusie

W środku było jeszcze dwóch kosmitów. Kazali Wolskiemu zdjąć ubranie. Gdy ten zdjął pasek, istoty wyraźnie się nim zainteresowały. Z uśmiechem zapinały go i rozpinały. Przybysze zaczęli badać ciało Wolskiego za pomocą dwóch tajemniczych "talerzyczków", a po badaniu udali się na posiłek, który miał "kruszyć się jak twarde ciasto" i mieć "kształt lodu". Kosmici poczęstowali Ziemianina. - Ja jednak głową kiwnąłem, że nie. I więcej mnie nie namawiali - wspomina Wolski. Po badaniu rolnik się ubrał.

Na podłodze statku miały leżeć gawrony poruszające nogami, skrzydłami i głowami. Pan Jan zaczął kierować się do wyjścia. Tuż przed ponownym wejściem do windy rolnik odwrócił się, ściągnął beret i się ukłonił. Kosmici życzliwie odwdzięczyli się dygnięciem. Wolski wrócił do swojego konia i pojechał do domu. Pojazd miał się jeszcze znajdować w tym samym miejscu, gdy odjeżdżał. Wolski natychmiast chciał się podzielić historią z rodziną i pokazać jej kosmiczny pojazd. Całe zajście trwało około 20 minut.

- Ojciec mówił, że jakieś są cudaczne ludzie zielone i w górze jakiś pojazd - wspominał syn Wolskiego. - Z początku pomyślałem, że harcerze rozbili namioty, ale jak usłyszałem, że w powietrzu jest pojazd, to wiedziałem, że to coś innego. Wybiegłem do sąsiada i prędko poszliśmy. Nic już nie było, tylko na trawie odróżnialiśmy ślady w jednym, drugim, trzecim kierunku. 200 metrów dalej płynął strumyk, ale szliśmy dalej za śladami.

Statku już nie było. Jednak miał on zostawić dziwaczne, prostokątne ślady na trawie i błocie, które widziały osoby trzecie.

Reakcje na opowieść Wolskiego

Milicjanci obśmiali relację Wolskiego sugerując, że musiał być pijany albo zasnął. Jednak zdaniem jego rodziny - rolnik nie mógł być pod wpływem alkoholu. Co więcej: byli świadkowie, którzy widzieli wspomniane w poprzednim akapicie ślady.

- Akurat smażyłam placki - wspomina jedna z mieszkanek Emilcina[BP1] . - Wtem usłyszałam straszny huk. Wyskoczyłam z domu, bo nie wiedziałam, co się stało z dziećmi. Nagle przylecieli Adaś i Agnieszka. Adaś zaczął opowiadać, że widział dziwny samolot podobny do autobusu.

Kilkuletni Adaś Popiołek w reportażu "Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy" rzeczywiście powiedział o latającym autobusie w kształcie nieba z jednym oknem, za którym siedział pilot w "czapce na uszy".

Wolski - zdaniem mieszkańców Emilcina - był wiarygodny. Co więcej: na potrzeby filmu został przebadany przez psychologa, dra Ryszarda Kietlińskiego, który stwierdził, że badany nie wykazywał objawów choroby psychicznej i jest mało prawdodopodobne, żeby Wolski wprowadzał nas w błąd z premedytacją lub że został przez kogoś namówiony do składania fałszywych zeznań.

W kolejnych latach do Emilcina zjeżdżały tłumy, nie tylko dziennikarzy i ufologów. Wszyscy wypytywali o mężczyznę, który spotkał się z istotami pozaziemskimi. W 2005 roku zajmująca się zjawiskami paranormarnymi, kontrowersyjna fundacja Nautilus postawiła pośrodku Emilcina pomnik na pamiątkę najsłynniejszego i najlepiej udokumentowanego, rzekomego polskiego kontaktu z istotami pozaziemskimi.

Jan Wolski zmarł 12 lat po "zdarzeniu w Emilcinie", w 1990 roku. Miał 83 lata.

Kontrowersje

Po ponad 30 latach od "zdarzenia w Emilcinie" sprawą zajął się Bartosz Rdułtowski, autor książki "Tajne operacje. PRL i UFO". Zdaniem autora, wszystko to, o czym opowiedział Wolski, miało być mistyfikacją. Rdułtowski dotarł do archiwum Zbigniewa Blani - socjologa, który był pierwszym badaczem sprawy. Autor wspomnianej książki odkupił od rodziny m.in. jego prywatne nagrania. I zdaniem Rdułtowskiego Blania był badaczem wybitnie niewiarygodnym.

Dlaczego? Po pierwsze: bo skupiał się jedynie na tych aspektach wydarzeń emilcińskich, które mogły dowieść, że Wolski mówił prawdę. Zignorował natomiast wszystko to, co mogłoby podawać w wątpliwość jego wersję. Rdułtowski dotarł też do nowych świadków tamtych wydarzeń.

Zasugerował, że Blania zataił to, że znał wcześniej Witolda Wawrzonka - ufologa, który poinformował go o sprawie - i korespondował z nim. Z kolei Wawrzonek miał znać Wolskiego - i też to zataił. Zdaniem Rdułtowskiego Wolski - jak wynika z archiwum Blani - był osobą nieasertywną i podatną na zewnętrzne sugestie, a i zeznania kilkuletniego Adasia Popiołka zostały zmanipulowane.

- Rzekomy drugi świadek, 6-letni Adaś Popiołek, był tak przesłuchiwany przez Blanię, żeby wymóc na nim właściwe relacje - utrzymywał w wywiadzie udzielonym Onetowi w 2015 roku Rdułtowski. - Mama chłopca, co jest na tych nagraniach, mówiła, że jej syn o wszystkim opowiedział jej już po tym, jak o zdarzeniu było głośno we wsi. Blania to zignorował i dalej tak przepytywał Adasia, żeby ten zmienił zeznania i uwiarygodnił relację Wolskiego. Mały Adaś mówił np. że w przelatującej maszynie widział postać o zielonej twarzy. Ale gdy kilkanaście lat później Blania rozmawiał z nim znowu, nie potwierdził tego. To też jest na nagraniach.

Na początku 2013 roku Rdułtowski rozmawiał z dorosłym już Adamem Popiołkiem. - On (...) kategorycznie nie chce mieć nic wspólnego z tą sprawą - stwierdził autor "Tajnych operacji". - Jak słusznie zauważył mój współpracownik Adam Chrzanowski, Adam Popiołek stał się więźniem tego niewinnego kłamstwa z dzieciństwa. Jako dorosły człowiek zdał sobie sprawę, że jest to jego wielka tragedia życiowa. Najprościej było zatem przestać z kimkolwiek rozmawiać o tym incydencie. Tak też zrobił.

Teoria Rdułtowskiego

Hipoteza Rdułtowskiego brzmi następująco: Wawrzonek, który prywatnie amatorsko zajmował się hipnozą, włożył Wolskiemu do głowy fikcyjne wspomnienia znane dziś jako "zdarzenie w Emilcinie", żeby zemścić się na Blani. Ale zacznijmy od początku.

W marcu 1978 roku - dwa miesiące przed wydarzeniami emilcińskimi - Blania miał zaprosić Wawrzonka do programu telewizyjnego w celu wykonania eksperymentu. Eksperyment ten miał odpowiedzieć na pytanie: czy można włożyć komuś do głowy nieprawdziwe wspomnienia? Wawrzonek był pewien, że nie, zgodził się więc na bycie "królikiem doświadczalnym". I eksperyment się powiódł.

Zdaniem Rdułtowskiego, upokorzony Wawrzonek postanowił zemścić się na Blani, hipnotyzując rolnika Jana Wolskiego. - Moim zdaniem [Wawrzonek] musiał bardzo sprytnie zadawać pytania Wolskiemu w hipnozie - kontynuuje Rdułtowski w rozmowie z Onetem. - Tak aby ten własnymi słowami opisał to, co "widział", czyli pojazd kosmiczny i dwa zielone ludziki, które zaprosiły go do środka. Potem przez lata Jan Wolski oprowadza dziennikarzy i turystów po łączce, każdorazowo utrwalając w głowie zdarzenie, które tylko w tejże głowie się zrodziło.

Wawrzonek po kilku dniach od zahipnotyzowania Wolskiego chciał upokorzyć Blanię odkrywając przed nim, że uwierzył w grubymi nićmi szytą historię. Jednak Blania podszedł do sprawy profesjonalnie i szybko przybył do Emilcina z psycholog dziecięcą, która miała porozmawiać z Adasiem Popiołkiem. I z psychiatrą dla Wolskiego. Wawrzonek miał się wystraszyć możliwych konsekwencji swojej intrygi i na lata przestał interesować się sprawą. Z kolei Blania na całego zaczął zajmować się Emilcinem, brylował w mediach i wydał na temat tych wydarzeń dwie książki.

Jaka jest prawda o 10 maja 1978 roku? Wersji wydarzeń jest więcej niż jedna, a każdy z nas powinien samodzielnie wybrać tę naszą zdaniem najwiarygodniejszą. Mniej lub bardziej wiarygodnych źródeł na temat tej sprawy jest mnóstwo. Są m.in. wspomniane dwie książki Zbigniewa Blani i polemizująca z nimi pozycja autorstwa Bartosza Rdułtowskiego. Na temat Emilcina powstało kilka materiałów telewizyjnych, jest też narysowany przez wspomnianego Grzegorza Rosińskiego i napisany przez Henryka Kurtę komiks pt. "Przybysze", wydany w magazynie "Relax". Sprawą zajmuje się też wspomniana fundacja Nautilus, która twardo stoi na stanowisku, że wszystko to, o czym opowiedział Jan Wolski, rzeczywiście się wydarzyło. Powstała nawet strona www.emilcin.com, zajmująca się rzekomymi spotkaniami III stopnia z przybyszami z innych planet.