Pszczółka Maja

Pszczółka Maja (Fot. Youtube.com kadr)

Tę animowaną pszczołę "wszyscy znają i kochają". Oto historia Pszczółki Mai

"Pszczółka Maja" w pewnym sensie jest jak "Shrek" czy "Jak wytresować smoka". Jej przygody również oparte zostały na książce, o której mało kto pamięta, bo animowane odpowiedniki tak mocno wryły się w masową pamięć. A oryginalne przygody skrzydlatej blondynki mają już ponad 100 lat! Jak to wszystko się zaczęło?

Zbiór opowiadań pt. "Pszczółka Maja i jej przygody" napisał w 1912 roku niemiecki pisarz dziecięcy Waldemar Bonsels. Co ciekawe: książki pozbawione były popularnych do dziś postaci Gucia - bumelanckiego kumpla Mai z gniazda - czy Filipa, dandysowatego konika polnego. Oryginalne książki o najsłynniejszej pszczole świata skupiały się na szukaniu własnego "ja" w silnie zuniformizowanym świecie pełnym reguł i oczekiwań.

W oryginalnych opowiadaniach Bonselsa Maja buntuje się i ucieka z gniazda. W czasie swoich podróży spotyka wiele owadów - również te znane później z serialu animowanego, np. mrówki czy pajęczycę Teklę. Niepokorny insekt pragnie spotkać na swojej drodze ludzi, którzy - jak sama twierdzi - są "najdoskonalszymi stworzeniami na Ziemi". W ostatnich częściach główna bohaterka wraca z wygnania, na które sama się skazała. Ostrzega pszczelą królową i jej podddanych przed nadciągającą armią szerszeni i odkupuje swoje winy.

Bonsels odniósł gigantyczny sukces - dwa pierwsze zbiory opowiadań o Pszczółce Mai zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków - w tym także na polski, ledwie 10 lat po pierwszym wydaniu w Niemczech.

Aktorskie umiejętności prawdziwych pszczół

Dziś dzieci i rodzice mogą oglądać wiele produkcji o Mai, w tym najsłynniejszy japoński serial z lat 70. Ale niewielu wie, że nie była to pierwsza ekranizacja opowiadań Bonselsa. Tym pierwszym był film kręcony na taśmie w dwudziestoleciu międzywojennym.

Autorem tej niesamowitej jak na owe czasy produkcji był Wolfram Junghans. Film "Die Biene Maja und ihre Abenteuer" trwał ponad godzinę, a umiejętnościami aktorskimi musiały popisać się... prawdziwe pszczoły, wspomagane tablicami opisującymi, co się dzieje. Proces produkcyjny był niezwykle skomplikowany i trwał dwa lata, a całość spotkała się z życzliwym przyjęciem. Kilka lat temu obraz Junghansa odrestaurowano cyfrowo - fragmenty tej odnowionej edycji można zobaczyć w serwisie YouTube.

Niemiecka pszczoła porwana przez Japończyków

Jednak największy szał na Pszczółkę Maję przyszedł w połowie lat 70., gdy prawa do postaci kupiła japońska firma Zuiyo Enterprise. Tak powstał serial pod tytułem "Mitsubachi M?ya no b?ken", u nas znany po prostu jako "Pszczółka Maja".

Czym produkcja przyciągała dzieci przed telewizory? Po pierwsze: przepięknymi malowanymi tłami. Czego tu nie ma! Maja lata pomiędzy cierpliwie malowanymi plastrami ula, myje buzię na liściu w gigantycznej kropli wody, spotyka się z przyjaciółmi pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt centymetrów źdźbłami trawy lub na szczytach kolorowych kwiatów. Dziś - w czasach filmów takich jak "Ant-Man", "Mrówka Z" czy "Dawno temu w trawie" nie robi to tak wielkiego wrażenia, ale w latach 70. ów mikrokosmos nie mógł nie przyciągać dzieci przed telewizory.

Ale czym byłby świat insektów bez... no właśnie, insektów? Ukochaną łąkę Mai "zaludniają" uroczo zaprojektowane mrówki, pająki, ważki, muchy, żuki gnojarze i dżdżownice. Jedne są nastawione przyjacielsko do naszej bohaterki, inne trzymają dystans lub - jak szerszenie - są wrogami pszczelego ludu. Jak wspomniałem na początku: serial dodał kilka nowych postaci. I część z nich była strzałem w dziesiątkę. Dziś bowiem ciężko jest sobie wyobrazić opowieść o Pszczółce Mai bez Gucia (w angielskiej wersji nazywał się Willy, w japońskiej Uir?), Filipa, czy Aleksandra, myszy-intelektualisty.

Podróż Mai z grubsza odpowiada tej, którą w swoim zbiorze opowiadań opisał Bonsels. W pierwszym odcinku oglądamy narodziny głównej bohaterki, która od samego początku jest krnąbrna i sprawia problemy swojej wychowawczyni, Klementynie. Już kilka sekund po urodzinach Maja słyszy od Klementyny: "skończyły się już twoje piękne sny, od dzisiaj rozpoczynają się trudy życia! (...) My, pszczoły, nie przychodzimy na świat, żeby się bawić, ale żeby pracować".

Podczas pierwszych szkolnych lekcji główna bohaterka dowiaduje się, że świat jest pełen niebezpieczeństw: jak nie żaby, to pajęcze sieci, jak nie wiatr, to ulewny deszcz. Maja ani myśli przystosowywać się do systemu i przy pierwszej nadarzającej się okazji ucieka z ula. "Kiedyś będę pracować, ale dzisiaj chcę poznać świat!" - wykrzykuje w odcinku 4.

W trakcie swoich podróży niepokorna blondynka napotka wiele przygód, aż w końcu trafi do niewoli w gnieździe szerszeni. Podobnie jak u Bonselsa, Maja ucieknie i ostrzeże swoich krajan przed atakiem latających gigantów.

Tak kończył się pierwszy, 52-odcinkowy sezon przygód Mai, który stał się ogromnym hitem. Przetłumaczono go na ponad 40 języków i na przestrzeni kolejnych dekad puszczano na całym świecie - od Azji i Australii przez Afrykę i Europę po obie Ameryki.

Przebojem stał się nie tylko serial, ale też piosenka z czołówki. A to zupełnie osobna historia, która będzie wymagała zajrzenia za kulisy produkcji. Równie ciekawe, co sam serial.

Śpiewał o niej Gott, śpiewał Wodecki

Oryginalna, japońska czołówka była zupełnie inna niż ta, którą znamy pod naszą szerokością geograficzną. Tę "naszą" skomponował Czech Karel Svoboda. W kilku krajach - m.in. w Niemczech czy w Czechach - śpiewał ją Karel Gott. U nas, jak wie każdy, kto ma więcej niż 10 lat, zaszczyt ten przypadł Zbigniewowi Wodeckiemu. Jednak po wielu latach muzyk wspominał, że w ogóle nie był Mają zainteresowany.

- Miałem trzy koncerty w Teatrze Buffo i przyszła do mnie pani, która przyniosła mi kasetę z piosenką śpiewaną w oryginale przez Karela Gotta - wspominał w wywiadzie udzielonym Ninie Harbuz z Wirtualnej Polski. - Od razu powiedziałem, że tego nie nagram, bo Gott jest tenorem, a ja śpiewam barytonem, więc on śpiewa wyżej ode mnie. Poza tym, podkład nagrany był w jego tonacji. Ale ta pani się uparła.

Wodecki zakomunikował rozmówczyni, że skoro mu nie wierzy, że się do tego nie nadaje, to on przyjdzie na nagranie i jej to udowodni. - Na nagranie przyjechałem głodny, a że była jeszcze godzina do rozpoczęcia to zapytano mnie, czy coś zjem - wspominał Wodecki w tym samym wywiadzie. - Zjadłem świetnego schabowego z ziemniakami puree i kapustą zasmażoną. Rewelacyjny był! Zapytałem ile płacę, a oni, że nic, żebym się czuł zaproszony. Pomyślałem, że mnie nieźle urządzili, bo skoro na obiad zaprosili, to musiałem nagrać, inaczej nie wypadało.

Wodecki nagrał czołówkę, ale był bardzo niezadowolony, bo w niektórych fragmentach musiał "wyciągać falset" (np. we fragmencie "Maju, cóż zobaczymy dziś" słychać to w przeciągniętym słowie "Maju"). Jednak gdy powiedział w studiu, że nie brzmi to dobrze, usłyszał, że wcale nie, że tak ma być. I tak powstała być może najsłynniejsza polska wersja czołówki serialu animowanego.

I zarazem piosenka, która stała się najbardziej rozpoznawalnym kawałkiem zaśpiewanym przez Wodeckiego. W środowisku muzycznym artysta zyskał sobie nawet przydomek "Pan Pszczoła". - Był okres, że miałem dość tej pszczoły i tupałem nóżkami - wspominał Wodecki w rozmowie z Greenpeace Polska w 2013 roku. - Ale doszedłem do wniosku, że ta pszczoła mnie na swoich pracowitych skrzydełkach poniosła. Bardzo mi pomogła ta pszczoła.

Wodecki przez wiele lat wykonywał piosenkę z serialu na swoich koncertach. Zresztą nie tylko dla niego czy Gotta słynny insekt stał się muzą. O Mai powstała dość swawolna piosenka disco-polo wykonywana przez zespół Akcent i jego wokalistę, Zenona Martyniuka.

Popularność pszczółki Mai z latami lekko spadła, ale dziś skrzydlata blondynka znów święci triumfy. W kinach mogliśmy niedawno oglądać już drugi film pełnometrażowy z nią w roli głównej. A w telewizji leci nowy serial, tym razem wykonany w technice 3D.

Chociaż pewnie wszyscy - wraz ze swoimi pociechami - najchętniej będziemy wracali do serialu z lat 70. Choćby dlatego, że nowa produkcja pozbawiona jest piosenki skomponowanej przez Karela Svobodę.