zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne (shutterstock)

Proste gotowanie a wzbogacanie życia

Od pewnego czasu chcemy próbować nowych smaków, na Instagramie lądują podrasowane zdjęcia dań będących prawdziwymi dziełami sztuki kulinarnej. Innymi słowy, polska gastronomia wielkimi krokami dogania tę światową, a my coraz bardziej kombinujemy z jedzeniem.

Wydaje mi się, że trendy restauracyjne od jakiegoś czasu zdecydowanie idą w stronę zaskoczenia klientów. Oswajamy (i to często naprawdę w dobrym stylu) fine dining, jadalne kwiaty ozdabiające dania przestają być egzotyczną ekstrawagancją, bawimy się formą - podajemy kostki, pianki, pudry. Wśród moich znajomych niegasnącą popularnością cieszy się kuchnia azjatycka, oparta na składnikach jeszcze do niedawna zupełnie nam nieznanych.

Ostatnio jednak przypomniał mi się okres, gdy kilka lat temu dość regularnie chodziłam na obiady do trochę hipsterskiej klubokawiarni na Powiślu, ukrytej na nieco zapyziałym podwórku. Na zestaw lunchowy składała się prosta wegetariańska zupa i makaron, ryż lub kasza wymieszane z warzywami, ziołami, ewentualnie posypane od niechcenia jakimś serem. Poza tym zawsze na barze pyszniło się domowe ciasto ozdobione owocami. Jedzenie tam wyglądało trochę jak wpadanie do dobrych znajomych: to co dziś macie w lodówce? Weźcie mnie czymś nakarmcie, bo zgłodniałam. Jestem przekonana, że pomysł na codzienne menu powstawał najwcześniej po porannych zakupach, kiedy już gotujący w tej knajpie zwiedzili okoliczne warzywniaki i wybrali dla swoich gości to, co tego dnia przyjechało najświeższe i najładniejsze.

Kilka posiłków zjedzonych w tamtej klubokawiarni uświadomiło mi, że gotowanie z prostych składników wcale nie musi wynikać z lenistwa. Owszem, nie da się ukryć, że nieskomplikowane potrawy przyrządza się znacznie szybciej - bo to oszczędność czasu spędzonego nad garnkami i na poszukiwaniu produktów. Niemniej, nieprzeładowanie dania dodatkami sprawia, że staje się ono bardziej wyraziste, łatwiej skupić się na jego poszczególnych elementach. Według mnie w prostej potrawie bardziej uwidacznia się też pasja do gotowania, a przynajmniej wydaje mi się, że są przygotowywane z większym uczuciem. Na fali wspomnień obiadów z klubokawiarni, zarządziłam w gronie moich serdecznych przyjaciółek, że gdy spotykamy się u mnie, to każda przynosi jakieś warzywo. Zbiera nam się tym samym kilka składników, z których ostatecznie, wspólnymi siłami siekania, obierania, smażenia i podduszania, przygotowujemy błyskawicznie kolację. Czy wychodzą z tego dania zasługujące na pozytywne recenzje blogerów kulinarnych? Najpewniej nie. Czy my za każdym razem jesteśmy zachwycone efektem końcowym? Oczywiście. Czy któraś z nas kiedykolwiek zaproponowała, żeby odstąpić od tej małej tradycji i w zamian zamówić pizzę? Nigdy w życiu.

W prostej kuchni ogromnie ważny jest jeden element: dobrej jakości składniki. Tu, niestety, nie ma drogi na skróty i jeśli chcemy przygotować niby banalny (ale jaki przepyszny) makaron z pomidorami, mozzarellą i bazylią, to rozgotowanie klusek i użycie marketowych warzyw w środku zimy nie gwarantuje nam sukcesu. By w prostocie była siła, składniki muszą być odpowiednio dopieszczone, o co dbają zwykle indywidualni producenci i lokalni dostawcy. Oto kolejny piękny element opowieści o minimalizmie w jedzeniu: by być zadowolonym z tego, co ląduje na naszym talerzu, często trzeba nawiązać relację z kimś, kto nam te produkty dostarczy. Skoro wizyta w markecie nie spełni naszych oczekiwań (bo woskowane na błysk jabłka,  podeschnięte rzodkiewki czy jajka z chowu klatkowego znajdują się już poza obszarem naszego zainteresowania), szukamy jedzenia gdzie indziej: na bazarach, w halach targowych, w warzywniakach pod domem czy nawet u swoich znajomych. Od paru lat z radością obserwuję, że szperanie między straganami nie jest już jedynie ulubionym zajęciem pokolenia mojej babci, ale coraz więcej osób w moim wieku w ten właśnie sposób robi zakupy. Od pani ze stoiska trzeciego od wejścia kupujemy najostrzejszy w okolicy, ręcznie tarty chrzan, od sąsiadki zza płotu jajka znoszone przez szczęśliwe kurki, a zaprzyjaźniony rzeźnik da nam znać, co najlepszego poleci z tego, co akurat na stanie.

Niedawno niezmiernie wzruszył mnie fakt, że pani ze sklepiku z warzywami i owocami znajdującego się dziesięć kroków od mojej klatki schodowej wręcz ofuknęła mnie, że coś długo u niej nic nie kupowałam. Przyznaję, jestem osobą płacącą wiecznie i wszędzie kartą, a niestety tego typu miejsca raczej przyjmują wyłącznie gotówkę. Przypomniałam sobie jednak, jak latem sprzedawczyni zamawiała dla mnie w sezonie zielone szparagi, bo wiedziała, że bardzo je lubię (w sumie, kto nie lubi szparagów?), a innym razem sprzedała mi swój niezawodny patent na duszoną młodą kapustę, którą zajadałam się potem przez pół wiosny. Na fali tych wspomnień podjęłam postanowienie częstszego chodzenia do bankomatu, a tym samym odwiedzania państwa z warzywniaka pod domem - dla relacji sąsiedzkich, dla chwili miłej rozmowy, dla lepszej jakości kupowanych produktów. Innym razem dowiedziałam się, że moja koleżanka upiekła parę bochenków chleba na własnym zakwasie i chętnie się nimi podzieli, więc przejechałam pół miasta, by go od niej kupić. Był świetny, taki do zjedzenia najlepiej z samym masłem. Przy okazji wiedziałam, kto go zrobił i miałam poczucie, że mimo dość krótkiej znajomości, jakoś nas ten chleb odrobinę do siebie zbliżył. 

Mam poczucie, że chyba nie chcemy marnować życia stojąc przy garnkach, kombinując skąd wziąć wymyślne składniki, które ostatecznie zamawiamy przez Internet. Podejście umiaru i spokoju w gotowaniu, wiedza na temat tego, co lokalna społeczność może nam - i my jej - zaoferować, budowanie relacji wokół kuchni, są świetnym preludium do osiągnięcia harmonii i szczęścia w życiu. Nie mówiąc już o takich oczywistościach, że jedząc mało przetworzoną żywność, której pochodzenia jesteśmy pewni, będziemy raczej zdrowsi i piękniejsi, niż gdybyśmy odżywiali się tylko sztucznościami kupionymi nie wiadomo gdzie. Jasne, że wszystko jest dla ludzi, a od zjedzenia od czasu do czasu burgera czy deseru z barwionego izomaltu nikomu nic się nie stanie. Myślę jednak, że na co dzień warto korzystać z tego, że właśnie nadchodzi najwspanialszy sezon na proste gotowanie - oparte na tym, co akurat wyrosło w sadach i na polach. Oby trwał jak najdłużej, a my czerpmy z niego pełnymi garściami, sami, z rodziną, z przyjaciółmi. 

Przeczytaj więcej:

Autorka Strawberries from Poland: Zalecam, żeby jak najmniej kombinować!

10 prostych przepisów na małe codzienne przyjemności