zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne (shutterstock)

Autorka Strawberries from Poland: Zalecam, żeby jak najmniej kombinować!

Jest jedną z pierwszych blogerek kulinarnych w Polsce - dzieli się przepisami od 2007 r. W kuchni lubi wracać do smaków z dzieciństwa, szuka inspiracji w starych książkach kucharskich. O minimalizmie w gotowaniu i w życiu opowiada Anna Włodarczyk, autorka bloga Strawberries from Poland.

Czym jest dla Pani minimalizm? Jakie zasady minimalizmu wciela Pani w życie?

Przede wszystkim rzadko używam określenia "minimalizm", raczej twierdzę, że mam racjonalne podejście do życia, zachowuję umiar i zdrowy rozsądek. Na siłę nie wyrzucę z domu połowy rzeczy dla zasady bycia minimalistką, prędzej je rozdam lub sprzedam, gdy nadarzy się do tego okazja. Może banalnie to brzmi, ale stawiam przede wszystkim na jakość, a nie na ilość. Ważne jest dla mnie, by kupować rzeczy, które posłużą mi dłużej niż miesiąc, dwa czy pół roku. Przykładowo - wolę mieć kilka ręczników dobrej jakości, które ładnie wyglądają i mi służą, niż mieć szafkę wypchaną jakimiś beznadziejnymi, niespełniającymi swojej funkcji. Zwracam też coraz większą uwagę na to, żeby wybierać produkty marek, których historię i twórców mogę poznać, żeby tym samym docenić konkretnego człowieka, a nie wspierać ogromne koncerny. Staram się wcielać te zasady minimalizmu w życie, choć miewam pewne trudności jeśli chodzi o książki i sprzęt kuchenny. Na tych polach na pewno minimalistką nie jestem, ale jakiś czas temu postanowiłam, że pozwalam sobie na pewne odstępstwa w tych dwóch dziedzinach.

Czy minimalizm w kuchni rządzi się takimi samymi prawami?

Jak najbardziej jestem minimalistką kulinarną. Gotuję prosto, ale znów - stawiam na jakość. Nie zrobię sałatki caprese zimą z pomidorów, które nie mają żadnego smaku, tylko poczekam na warzywa z ogródka do lata. Szukam sprawdzonych dostawców, działkowiczów wystawiających swoje zbiory na targach, za to unikam robienia zakupów w marketach. Z drugiej strony staram się nie popadać w przesadę, nie zjadę całego miasta w poszukiwaniu idealnego pomidora, już prędzej nie zjem tej sałatki. Nie gotuję też z ogromnej liczby składników, co często bywa czasochłonne. Uważam, że w prostocie jest siła, prostota jest estetyczna, zapada w pamięć. Jeżeli wspominamy jakieś smaki, to to są bardzo proste rzeczy. Raczej nie myślimy o piętrowych tortach komunijnych, a o kluskach babci.

Od jak dawna prowadzi Pani taki styl życia?

Część nawyków z pewnością wyniosłam z domu, szczególnie jeśli chodzi o jakość produktów i podejście do naturalnego smaku. Od wujka i dziadków dostawaliśmy warzywa i owoce z ich działek, więc wiem jak rzeczy powinny naprawdę smakować. Natomiast - od strony niekulinarnej - minimalizmu musiałam się już nauczyć sama, bo zdarzały mi się w młodości grzeszki, w rodzaju kupowania dużej ilości jakiegoś badziewia.

Nasze pokolenie zostało wychowane przez ludzi, którzy cierpieli na niedobór wszystkiego. Jaki to może mieć wpływ na kierowanie się przez Panią zasadami minimalizmu?

Uważam, że życie w czasach, gdy większość rzeczy była niedostępna - a ja je jeszcze pamiętam, bo urodziłam się w 1984 r. - uczyło trochę skromniejszego podejścia do tego, ile posiadamy. Obecnie jesteśmy bardziej wygodniccy, choć jednocześnie ostatnie lata przynoszą trochę opamiętania. Zaczynamy się zastanawiać dokąd to wszystko idzie, czy nie zaśmiecamy świata za bardzo, czy te wszystkie rzeczy są nam na pewno potrzebne. Przykładowo, jest trend na rezygnowanie z reklamówek foliowych, i wtedy przypominam sobie, że kiedyś też żyliśmy bez tych reklamówek, bo ich zwyczajnie nie było. Robienie zakupów wymagało trochę więcej wysiłku, ale wszystko się dało zrobić.

Na Pani blogu znajduje się zakładka z przepisami w stylu vintage. Czy ma to związek z filozofią minimalizmu i umiaru stosowanego w kuchni?

Minimalizm w tym kontekście może być rozumiany jako zdroworozsądkowe, racjonalne podejście do gotowania, natomiast osobiście sięgam po przepisy z przeszłości, bo one mnie interesują. Uważam, że są to ciekawe, a często niesłusznie zapomniane smaki. Specjalnie wybieram nieskomplikowane potrawy, z naszych polskich, ogólnie dostępnych składników, by pokazać, że kuchnia sprzed lat to również proste, codzienne dania. Idealnym przykładem takiego przepisu jest ten na szmur z 1874 r. Szmur to ciasto parzone, posypane bakaliami, które robi się dosłownie w mgnieniu oka, a efekt jest przepyszny i zaskakujący, o ile tylko postawimy na dobrej jakości składniki. Ogólnie rzecz biorąc, my z naszymi możliwościami technologicznymi mamy sporo ułatwień w realizacji starych przepisów, bo przecież dziś przygotowujemy bezę w mikserze, a kiedyś kucharki ubijały białka ręcznie przez piętnaście minut.

Który okres historyczny jest Pani ulubionym, jeśli chodzi o kulinaria?

W kuchni polskiej można wyróżnić kilka epok: okres do dwudziestolecia międzywojennego, zubożałą kuchnię PRL-u, szalone lata dziewięćdziesiąte, gdy zaczęły do nas spływać niedostępne wcześniej składniki, reprezentowane przez potrawy typu schabowy z ananasem i serem żółtym, i ostatecznie czasy dzisiejsze, gdzie jesteśmy otwarci, wyedukowani i zaznajomieni ze światowymi smakami. Mnie osobiście bardzo interesuje kuchnia PRL-u i mam całą kolekcję książek czy broszurek kulinarnych z tamtych lat, które kosztują grosze, bo rzadko teraz bywają dla kogoś atrakcyjne. A one są cudowne i są właśnie bardzo minimalistyczne! Te przepisy opierają się na niewielu składnikach, za to jest tam ogromna fantazja i kreatywność - na przykład przepisy na 333 potrawy z ziemniaka lub zupy ze wszystkich warzyw dostępnych na ogródkach działkowych.

Na Pani blogu można dostrzec wiele przepisów inspirowanych kuchnią francuską i włoską. Czy któraś z tych kuchni szczególnie Panią inspiruje?

Właściwie nie mam jakiegoś ulubionego rodzaju kuchni, ale gdybym już miała wybierać, to chyba postawiłabym na włoską, z tego względu, że potrawy te oparte są przede wszystkim na prostocie składników, w większości dostępnych latem. Często zdarza mi się publikować przepisy inspirowane moimi podróżami. Pobyt w Izraelu przypominałam sobie przygotowując różnego rodzaju hummusy i falafele, było też sporo przepisów gruzińskich po wyprawie do Azerbejdżanu, Gruzji i Armenii. Nie mam jednak zacięcia na jakąś konkretną kuchnię, raczej przygotowuję to, co mnie akurat zainteresowało i co mi smakuje.

Nie publikuje Pani "suchych" przepisów, zwykle uzupełniają one jakąś osobistą opowieść. Skąd pomysł na taką formę blogowania?

Każda ulubiona potrawa kojarzy mi się z konkretną sytuacją. Gdy wspominam wakacje, to najpierw przypominam sobie co tam jadłam, a dopiero później szerszy kontekst. Zawsze lubiłam pisać, tekst jest dla mnie ważniejszy niż zdjęcia, więc naturalne wydało mi się dzielenie moimi historiami, skojarzeniami z poszczególnymi daniami. Lubię wyjaśnić czytelnikowi, dlaczego gotuję akurat taką potrawę i skąd ona się wzięła. Dla mnie to jest dużo bardziej przekonujące niż zbiór przepisów bez objaśnienia, który można znaleźć w wielu innych książkach kucharskich.

Jakie potrawy pojawiły się ostatnio na Pani stole wielkanocnym?

Po raz kolejny przygotowałam mazurek różany, z czego jestem dumna, bo to ja wprowadziłam ten przepis do naszego domu, a także mazurek na orzechowym spodzie z zapiekanym koglem-moglem, który nauczyła mnie robić moja koleżanka. Orzechy biorę z maminego ogrodu, jajka kupuję na targu, więc wszystkie składniki są proste i znam ich pochodzenie, a smak tego mazurka jest naprawdę zaskakujący - jest tu jednocześnie i goryczka orzechów, i słodycz kogla-mogla. Zawsze pojawia się też u nas sos zielony, robiony na podstawie receptury opracowanej przez Marię Lemnis i Henryka Vitry, na bazie chrzanu, szczypiorku, śmietany, majonezu, posiekanych jajek i dużej ilości innej zieleniny.

Co jest najważniejsze w minimalistycznym podejściu do gotowania?

Zalecałabym, żeby jak najmniej kombinować! Poza tym czytać w całości i uważnie przepisy, ale przede wszystkim gotować z sercem, wtedy wszystko powinno wyjść dobrze.

Przeczytaj więcej:

10 prostych przepisów na małe codzienne przyjemności

Proste gotowanie, a wzbogacanie życia